Литмир - Электронная Библиотека
Содержание  
A
A

Ten spojrzał na nią, mrużąc oczy. Przez ułamek sekundy Kai wydawało się, że przez jego twarz przeszedł złośliwy cień, jednak mężczyzna tylko uśmiechnął się i odrzekł:

– Jasne. Sporo przeszłaś, musisz być ledwo żywa. A ja cię jeszcze zanudzam swoimi głupimi teoriami – powiedział spokojnym głosem. Kaja nie była pewna, czy mówi to ironicznie, czy naprawdę tak uważa.

– Chodź, odprowadzę cię. – Objął dziewczynę i ruszyli z powrotem do namiotu.

Mokotów, godzina 23:10.

Migrena. Chociaż nie – migrenę to może mieć królowa brytyjska, a Jacka po prostu napierdalał łeb. Tak mocno, jak jeszcze nigdy w życiu. Miał wrażenie, że gdzieś po drodze jego jestestwo rozpadło się na kawałki. Dodatkowo nie pamiętał za wiele ze swojego poprzedniego życia, to znaczy sprzed wybuchu epidemii. Tego długiego i nudnego pasma wzlotów i upadków, które w ostatecznym rozrachunku okazały się nie mieć najmniejszego znaczenia. Przed oczami przelatywały mu rozmazane sceny, przedstawiające jego samego – jak szedł do pracy, jak oglądał telewizję, jak się kochał, jak robił te marne kilka pompek miesięcznie, każdorazowo obiecując sobie, że w końcu się za siebie weźmie. Jak szykował się do pracy, poprawiając krawat i koszulę, stojąc przed lustrem i wpatrując się w bliżej nieokreślony punkt za plecami.

„Jezu, jakie to wszystko było gówno warte. Straciłem tyle czasu, że szkoda gadać” – pomyślał. „A już wtedy mogłem się tak dobrze bawić”.

Bawić się.

Przed bladą i wysuszoną twarzą Jacka zaczęły przewijać się rozmaite sceny, jednak tak naprawdę wszystkie były takie same. Krwawy kalejdoskop, przemieszane obrazy strzępów mięsa, szalonych oczu i porozrywanych ciał. Rytmicznie unoszonej nogi od stołu, jego najlepszej ostatnio przyjaciółki, którą i teraz trzymał na kolanach. Tak, ostatnie zdarzenia zdecydowanie zacieśniły ich więź.

Splądrowawszy sklep spożywczy, gdzie znaleźli pod dostatkiem zarówno jedzenia, jak i alkoholu, schowali się na ostatnim piętrze budynku biurowego mieszczącego się na ulicy Józefa i Jana Rostafińskich, skąd mieli piękny widok na Pola Mokotowskie. Chlali wódę, wesoło rozpamiętując minione godziny. Kto komu jak łeb rozwalił, jakie te poczwary są durne i jak banalnie można je unicestwiać. Tak, można poczuć się prawdziwym panem sytuacji. Jacek patrzył na kompanów dziwnym wzrokiem i zastanawiał się, jakby wyglądali z poderżniętymi gardłami. Wtedy raczej nie byłoby im do śmiechu, ale jemu owszem. Ot, takie drobne odejście od tego powoli nudzącego się zabijania zombie. No bo ile można?

Plac Bankowy, godzina 23:15.

Trójka nowych znajomych docierała do placu Bankowego. Kuba, powoli sunąc miedzy porzuconymi samochodami, minął Muzeum Niepodległości, skąd już było widać wielkie skrzyżowanie alei Solidarności z ulicą Marszałkowską, która później przechodziła w ulicę generała Władysława Andersa. To na niej właśnie mieściła się Komenda Stołeczna Policji, która była celem ich podróży. Kuba delikatnie nacisnął pedał hamulca, zatrzymując pojazd.

– Cholera… – burknął pod nosem, pochylając się nad kierownicą.

Pozostała dwójka zrobiła to samo. Droga przed nimi była nieprzejezdna. Niezliczona ilość samochodów blokowała zarówno drogi dojazdowe, jak i samo olbrzymie skrzyżowanie. Spora część aut była poobijana, jakby kierowcy próbowali na siłę wycofać się chaosu, który prawdopodobnie zapanował tu jakiś czas temu. Paradoksalnie, tworzyli przez to jeszcze większe zamieszanie, co błyskawicznie poskutkowało totalnym paraliżem.

– No co jest? – zapytał Tomek. – Przecież to już tutaj, nie możemy pójść z buta?

– Niekoniecznie – odpowiedział Kuba, zerkając na chłopaka. „Taki młody, tak wiele jeszcze musi się nauczyć” – pomyślał. „Szkoda, że pewnie nie będzie miał ku temu okazji”.

– Właściwie, to dlaczego nie? – wtrąciła się Natalia, widząc, że mąż nie zamierza wyjaśnić swojej decyzji.

– Popatrzcie – zaczął tłumaczyć – jesteśmy praktycznie w centrum miasta. Przy samej komendzie. W taki dzień powinno tu się roić od policji, a jeżeli nawet nie, to droga powinna być przejezdna – powiedział, zerkając na pozostałą dwójkę. – A przynajmniej trochę oczyszczona, żeby można było szybko wyjechać i odpowiedzieć na wezwanie. Jeżeli droga, tak jak na załączonym obrazku widać, jest nieprzejezdna, to znaczy, że coś jest nie tak.

Odpowiedziała mu cisza. Kuba chwilę zastanawiał się, skąd takie ponure myśli odnośnie chłopaka. Przecież uratował nam życie, więc jakoś musiał do tej pory sobie radzić. Dlaczego teraz miałoby być inaczej? Naraz wrzucił wsteczny i ruszył.

– Jak nie drzwiami, to oknem – powiedział, nie wiadomo, czy do siebie, czy do Natalii, czy do Tomka. Wycofał pojazd kilkanaście metrów, następnie wrzucił jedynkę i skręcił w ulicę Bielańską. Ku jego uciesze ta okazała się przejezdna. Co prawda na niej również stało kilka bezpańskich aut, ale obok nich znalazł wystarczająco dużo miejsca, żeby się przecisnąć. Następnie skręcił w lewo, w ulicę Długą, żeby po dwudziestu metrach skręcić w Bohaterów Getta. Ta króciutka uliczka prowadziła wprost do Ogrodu Krasińskich, znajdującego vis-à-vis komendy.

Minęli warsztat samochodowy i wtoczyli się na pusty parking. Policjant oszacował, że od budynku dzieli ich około trzystu metrów. „Czego tak się boisz?” – zganił się w duchu. „Przecież dotarliśmy”. Kuba zatrzymał samochód i wyłączył silnik. Cała trójka siedziała bez ruchu, jakby czekała, aż z mroku wypadnie horda zombie i się na nich rzuci. Policjant obejrzał się na towarzyszy, szukając w nich siły, której jemu najwyraźniej zabrakło. Oczy tak Natalii, jak i Tomka świeciły w ciemności niczym ślepia dzikich, wystraszonych kotów.

Kuba nacisnął klamkę i uchylił drzwi. Do środka samochodu natychmiast wpadło świeże, wieczorne powietrze. Odetchnął nim głęboko, wpatrując się czujnie w mrok. Cisza. Pusto. Brak jakiegokolwiek ruchu czy dźwięku, nie licząc echa dalekich i sporadycznych wybuchów oraz wystrzałów, niesionych przez wiatr. Zupełnie jakby znaleźli się w samym sercu pustkowia, a nie w centrum olbrzymiego miasta.

– Jak stoimy z amunicją? – zapytał policjant, cały czas uważnie się rozglądając.

– Mamy dwa pełne magazynki do karabinku i kilkanaście pocisków do strzelb. Nie wiem dokładnie ile, ale tak około dwudziestu – odpowiedział energicznie Tomek. Zdecydowanie lepiej czuł się ze świadomością, że jest w grupie. Dodatkowo dowodzonej przez tak, zdawałoby się, ogarniętą osobę.

– Dobra, to chodźmy – powiedział Kuba, wziąwszy ciężką strzelbę w ręce i przerzuciwszy sobie glauberyta przez plecy. Tomek sięgnął po drugą strzelbę. Natalia popatrzyła zaskoczona na obu facetów.

– Chyba nie zamierzasz puścić mnie bez broni? – pytanie zabrzmiało bardziej jak warknięcie, toteż Kuba popatrzył zaskoczony na żonę, unosząc nieznacznie brwi.

– Przecież zawsze unikałaś broni palnej, mówiłaś, że…

– Tak, ale to było przed tym, jak ludzie zaczęli skakać sobie do gardeł – weszła mu w słowo, głosem nieznoszącym sprzeciwu.

Tego argumentu Kuba nie mógł odeprzeć. Natalia zawsze polegała na innych, nie była specjalnie samodzielną osobą – jednak widać, że człowiek postawiony pod murem zniesie wiele, żeby przetrwać. Pokona nawet swoje własne demony.

– Okej, jasne – powiedział, spuszczając wzrok. – Wybacz, masz rację. Proszę, weź to – powiedział, podając żonie glauberyta.

Natalia wzięła niezdarnie broń, robiąc przy tym minę, jakby trzymała w rękach obsranego dzieciaka. Po chwili jednak wzięła głęboki oddech i wyprostowała się. „Powiedziałam A, to teraz muszę powiedzieć B” – pomyślała.

– Dobrze. Jak to działa? – zapytała, kładąc wyraźny nacisk na „to”.

– To PM-84P Glauberyt – zaczął Kuba, patrząc na broń. – Pistolet maszynowy, strzelający standardową dziewięciomilimetrową amunicją. W magazynku masz trzydzieści naboi, odbezpieczasz poprzez naciągnięcie tej wajchy, a jak ci się skończy amunicja, to wciskasz ten guzik – wtedy wyskakuje magazynek, zabierasz go i wkładasz następny, aż usłyszysz ciche kliknięcie. Następnie odbezpieczasz i możesz walić dalej. Ma niewielki odrzut, ale polecam trzymanie go obiema rękami. Nie, lewą połóż pod lufą. Tak, tutaj. I złap mocno. Przełączyłem ci tryb prowadzenia ognia na pojedyncze strzały, więc jedno pociągnięcie za spust równa się jeden strzał. Inaczej w parę sekund wywaliłabyś cały magazynek w niebo. Albo w nas.

49
{"b":"643245","o":1}