Niestety, były też minusy aktualnej sytuacji Tomka. Pierwszy był taki, że z bezpiecznej klitki nie mógł się ruszyć, a drugi polegał na tym, że za cholerę nie miał pojęcia, jak wybrnąć z tej sytuacji. Głowił się, chodził w kółko, zaglądał w każdy dostępny zakamarek i nic mu nie przychodziło do głowy. Próbował się też przecisnąć się przez wąskie okno prowadzące do szoferki, ale mu odrobinę nie wyszło. To znaczy przeszła ręka i głowa, ale jakby nie patrzeć, to ciut za mało. W pewnym momencie stwierdził, że otworzy drzwi i zrobi „wyjście smoka” – w dwóch rękach strzelby, glauberyt przewieszony na plecach. Będzie rzeź, trochę sobie postrzela i przy odrobinie szczęścia uda mu się przeżyć… parę minut. Bo na więcej nie liczył. Nie, tu trzeba było działać spokojnie. Nie iść na żywioł.
Przejechał ręką po włosach i głośno wypuścił powietrze. Co za syf… I nagle wpadł na pomysł. Ryzykowny, głupi i nieprzemyślany – ale jak powszechnie wiadomo, takie są najlepsze.
– Okej, to do dzieła! – powiedział na głos.
Wstał i podniósł jedną ze strzelb. Przeładował. Podszedł do tylnych drzwi i wyjrzał przez szybę. Za kratą stało kilkunastu zombie. Rozejrzał się i zobaczył, że z boku samochodu też ich trochę stoi – w sumie będzie około dwudziestu sztuk. Jeżeli uda mu się zabić tych, zanim nadejdą kolejni, to ma szansę. Policjanci leżeli martwi na ulicy i jeszcze nie zdążyli się poprzemieniać. To dobrze, łatwiej będzie zrealizować plan. Przystawił lufę strzelby do szyby, tak żeby kula przeszła między kratami i zatrzymała się w głowie stojącej kilkanaście centymetrów dalej kreatury. Tomek wziął głęboki oddech, przeładował i wymawiając słowa: Come get some głosem Duke’a Nukema, pociągnął za spust.
Głowa zombie eksplodowała, rozrzucając wszędzie wokół fragmenty czaszki, włosów i zawartości durnego, krwiożerczego łba. Chłopak nie spodziewał się aż takiej mocy ani tego, że rozbryzg krwi pomaże szybę, co nieco ograniczy mu widoczność. Nie spodziewał się również tego, że od huku jego własny mózg też prawie eksploduje. Poczuł się, jakby wsadził głowę między głośniki estradowe na koncercie Slayera.
Wypuścił strzelbę z rąk i złapał się za uszy. Otworzył usta i ukucnął.
– Aaa… kurwa! – krzyknął, chociaż nie było mu dane usłyszeć własnego głosu. Ból w uszach, wściekłość na zombie za to, że chcieli go zjeść, oraz odrobina pretensji do samego siebie spowodowały, że chłopaczyna wściekł się jak jeszcze nigdy w życiu. Jego oczy zaczęły świecić mrocznym blaskiem, a że były zielone, to Tomek wyglądał teraz jak napromieniowany. Musiał dać ujście frustracji, bo inaczej ta rozsadziłaby go od środka. A nic tak skutecznie nie uwalnia od stresu, jak wyplucie paru serii z broni palnej w tłum zombie.
Wstał, odwrócił się na pięcie odzianej tylko w skarpetkę i poszedł po hełm balistyczny. Założył go na głowę, mając nadzieję, że chociaż trochę wytłumi w ten sposób dźwięki. Nie obchodziło go, jak kretyńsko musiał teraz wyglądać – w ciężkim policyjnym hełmie, wytartych jeansach i niebieskim T-shircie z logo deski windsurfingowej na płaskiej klacie. Do tego na bosaka, a właściwie to w białych skarpetkach. Przez ułamek sekundy był rad, że jednak nikt go teraz nie widzi.
Zrobił rundę wokół okien, rozbijając wszystkie lufą strzelby. Kakofonia dźwięków była teraz znacznie lepiej słyszalna, a zombie, zachęceni aktywnością swojego posiłku, zaczęli napierać na furgonetkę jeszcze energiczniej. Tomek ponownie przystawił lufę do okna i tym razem z otwartymi ustami pociągnął za spust. Uszy zabolały, ale nie tak mocno jak wcześniej. Przeładował i ponownie wystrzelił. Zombie zaczęli szaleć. Żaden z nich nie wpadł na pomysł, żeby uciekać, każdy natomiast jeszcze łapczywiej sięgał palcami do wnętrza wozu policyjnego, wciskając je uparcie między kraty.
Po kilkudziesięciu sekundach obie strzelby były puste, a w środku samochodu było aż duszno od zapachu prochu. Tomek rzucił je na podłogę i sięgnął po glauberyta, odbezpieczył i pojedynczymi strzałami eliminował zombie. Miał olbrzymią ochotę wyjść i pociągnąć po nich serią, ale wiedział, że amunicja skończyłaby mu się w ułamku sekundy. Zauważył, że „przy życiu” pozostało tylko parę sztuk i to tych ledwo łażących. Nie wiedział, dlaczego jedne biegały, a inne nie. Wiedział natomiast, że tych biegających należy za wszelką cenę unikać, obok wolnych można po prostu przejść i łatwiej do nich oddać celny strzał. Opuścił szybkę w hełmie, przystawił lufę do zamka w drzwiach i pociągnął za spust. Ku jego nieukrywanemu zaskoczeniu udało mu się nie tylko otworzyć drzwi, ale też nie oberwać rykoszetem. Pchnął blachę i wyskoczył na górę ciał. Jak bardzo teraz żałował, że nie założył tych pieprzonych butów. Chociaż japonki, cokolwiek, byleby tylko nie czuć mokrej, kleistej papki pod stopami…
Ruszył biegiem w stronę przodu samochodu, gdzie leżało kilku policjantów. Po drodze zabił jeszcze jakiegoś zombie. Cały czas rozglądał się, czy nie nadciągają kolejni. Bo to, że w końcu przyjdą, było tylko kwestią czasu. Zaczął w popłochu przeszukiwać funkcjonariuszy. Zdjął hełm, włożył do niego dwa znalezione pistolety i parę magazynków do broni krótkiej. Sięgnął po drugiego glauberyta, tkwiącego jeszcze w ręku policjanta. „Musi mieć zapasowe magazynki” – pomyślał chłopak i przewrócił zwłoki na plecy. Czuł się jak hiena cmentarna, ale albo zignoruje swoją moralność, albo podzieli los funkcjonariusza. Decyzja była prosta. Znalazł parę długich magazynków, które powinny pasować do karabinka. Nie miał czasu teraz tego sprawdzać. Wstał i podbiegł do szoferki, otworzył drzwi i wskoczył do środka. Rzucił hełm na siedzenie pasażera i sięgnął do stacyjki, aby odpalić samochód. Nie wierzył we własne szczęście, kiedy okazało się, że kluczyk tkwi na swoim miejscu.
Zatrzasnął drzwi i włączył silnik.
– Tak, kurwa, tak! – krzyknął, ze szczęścia uderzając rękami w kierownicę i podskakując na fotelu. – Jeeeeest!
Wrzucił jedynkę i… przestał się cieszyć. Spojrzał na swoje stopy. Potem szybko rozejrzał się po okolicy, spoglądając w oba lusterka. Wydawało się, że jest względnie pusto. Chyba ma chwilę, na zrobienie jeszcze jednej rzeczy. Zerknął podstępnym wzrokiem na ciała policjantów i złapał klamkę u drzwi.
Minutę później ponownie wrzucił jedynkę i naciskając pedał gazu już ubraną w policyjny but stopą, ruszył przed siebie.
Mokotów, godzina 21:30.
W twarz uderzyło go świeże i ciepłe powietrze. Jacek wziął głęboki oddech i rozkoszował się jego smakiem. Rozejrzał się spokojnie wokół siebie. Było gorzej, niż przypuszczał. Ulica wyglądała jak ruina, płonęły już niektóre budynki. Gdzieniegdzie w tle słychać było wystrzały z broni palnej, pojedyncze krzyki. Kakofonia dźwięków, odbijająca się gromkim echem od ciasno zabudowanych biurowców, wprawiała korporacyjne szyby w drżenie. Tego maklerzy nie przewidzieli. Parę razy usłyszał głośne tąpnięcie, co świadczyło o odpaleniu pocisku większego kalibru. Śmigłowiec lub wóz opancerzony. Kto wie, może nawet do stolicy znowu zawitały czołgi. „Fajnie by było takim się przejechać i sobie postrzelać” – stwierdził. „Trzeba to koniecznie umieścić na liście rzeczy do zrobienia przed śmiercią”.
Samochody stały bezpańsko na ulicy. Część z otwartymi drzwiami i pozapalanymi światłami; niektóre były pomazane krwią na zewnątrz, inne nosiły ślady walki w środku. Poza tym wszędzie syf, kiła i mogiła. Pozostawione w pośpiechu torebki, plecaki, damskie pantofle lub inne rzeczy, które mogły opóźnić ucieczkę. Zerknął w stronę Pól Mokotowskich i zobaczył nad nimi łunę pożaru, trawiącego centrum miasta. O dziwo, żadna z kreatur nie zarejestrowała jeszcze jego obecności. Albo są tak ekstremalnie durne, albo przez obłąkanie wypisane na jego twarzy uważają go za jednego ze swoich. Cóż, łatwiej będzie mu się wtopić w tłum.
Brak zainteresowania odrobinę go zmartwił. Wyobrażał sobie, że jak wyjdzie, to rzucą się na niego niczym wściekłe harpie i po paru minutach będzie po wszystkim. A tu taka niespodzianka. Gwizdnął pod nosem, zarzucił nogę od stołu na ramię i zaczął iść przed siebie, stawiając długie i powolne kroki. Gdyby ktoś założył mu na głowę melonik, wyglądałby identycznie jak Alex z Mechanicznej pomarańczy. Kroczył dumnie i pewnie niczym stary generał podczas przeglądu niedoświadczonego wojska.