– Chodź – powiedział tylko i to wystarczyło. Puściła w niepamięć ich ostatnią rozmowę i niepokojące wrażenie, jakie na niej wywarł. Teraz liczyło się tylko to, że ten tajemniczy mężczyzna może uratować jej życie, bo wygląda na to, że znaleźli się w średnio komfortowej sytuacji. Nie czekając na ponaglenia, Kaja ruszyła w stronę wyjścia z namiotu.
Wkroczyła do siódmego kręgu piekła. Chociaż jakby się dobrze zastanowić, to bardziej przypominało czwarty, ewentualnie piąty – a to dlatego, że przeciwnikom nie udało się jeszcze sforsować dobrze zorganizowanej linii obrony. Zasieki odgradzające obóz były pokryte zawieszonymi na nich ciałami zombie. Z wież strażniczych żołnierze prowadzili ciągły ostrzał, kierując lufy we wszystkie możliwe strony, podczas gdy operatorzy szperaczy ustawili reflektory w optymalnych pozycjach, również chwytając za broń. Ciężkie karabiny maszynowe wyrzucały dziesiątki rozpalonych łusek na ziemię, kładąc ogniem zaporowym całe grupy nacierających potworów.
– Granat! – krzyknął ktoś na wieży, rzucając metalową puszkę w grupę zombie.
Eksplozja wyrzuciła kilka ciał w powietrze, wraz z ziemią i fragmentami drutu kolczastego. Zamiar żołnierza był zapewne odrobinę inny. Powstała wyrwa w zasiekach, która po paru sekundach zapełniła się napierającym tłumem. Żołnierze błyskawicznie skierowali ogień w powstałą szczelinę.
– Z drogi! – usłyszała obok siebie Kaja i odruchowo zrobiła krok w tył. Przebiegło obok niej kilkunastu ciężko uzbrojonych żołnierzy, kierując się w stronę dziury w ogrodzeniu. Kilku zombie już wkroczyło na teren obozu, jednak ich ciała błyskawicznie zostały rozszarpane przez krzyżowy ogień prowadzony z kilku beryli. Jednak to nie zraziło bezmyślnej masy, która wdzierała się do obozu powoli i nieubłaganie. Niczym powódź.
Do akcji wkroczyli żołnierze z miotaczami płomieni – trzech wojaków skierowało ogień w jedno wąskie przejście, w mig podwyższając temperaturę o kilkaset stopni i paląc wszystko, co miało niefart znaleźć się w środku. Skóra zombie pękała przy akompaniamencie głośnego syku, zupełnie jak mięso przypalane na grillu. Tylko zapach był nieco inny – z gnijących ciał unosił się smród zgnilizny, fekaliów i niestrawionego pokarmu. Maszkary ginęły, wrzeszcząc i przeraźliwie wyjąc. Cokolwiek się przedostało, było dobijane strzałem z karabinu maszynowego. Pomimo kilkunastu metrów, jakie dzieliły dziewczynę od wyrwy, Kaja poczuła na twarzy powiew rozgrzanego powietrza. To już wyglądało na krąg szósty…
Poczuła też ostre szarpnięcie w tył – to jej dziwny opiekun złapał ją za rękę i ciągnął między namioty. W innych okolicznościach pewnie by się opierała, jednak teraz była pewna, że jegomość ma tylko i wyłącznie dobre zamiary, toteż bez problemu pozwoliła się prowadzić.
Biegli. Mijali ich nie tylko skupieni żołnierze, ale też lekarze, którzy nie bardzo wiedzieli, gdzie mają się podziać. Ziemią co raz wstrząsał wybuch granatu lub miny, które wojacy pośpiesznie rozkładali na trasie przemarszu żywych trupów. Miarowe terkotanie karabinów maszynowych nie ustawało na sile.
– Dokąd biegniemy? – zapytała Kaja, starając się przekrzyczeć wszechobecny chaos.
Mężczyzna nie odpowiedział. Nie musiał, bo wybiegli zza namiotu i oto cel ich ucieczki stał się jasny – na ubitej ziemi stał ciężki wojskowy transporter opancerzony – rosomak. Potężna maszyna, którą Kaja miała okazję widywać tylko w Wiadomościach, na żywo robiła spore wrażenie. Nie pamiętała już, że komandosi, którzy uratowali ją w centrum miasta, dysponowali właśnie takim pojazdem. Oto siedmiometrowy potwór, dźwigający na ośmiu kołach ponad dwadzieścia ton stali, na której czubku, niczym wisienki na urodzinowym torcie, znajdowały się karabiny maszynowe i wyrzutnie granatów. Fiński pojazd produkowany w Polsce i testowany w Afganistanie. Testowany z powodzeniem, ku niezadowoleniu samych Afgańczyków. Krótko mówiąc – świetne narzędzie do tłumaczenia, że tylko twoje poglądy są jedynie słuszne i właściwe. Poza tym, w chwili obecnej – doskonałej jakości sejf. Sejf nie dość, że z własnym systemem ogniowym, to jeszcze wyposażony w prawie pięćsetkonny, sześciocylindrowy silnik wysokoprężny z turbodoładowaniem. Oczy dziewczyny zaświeciły się, jakby pod choinką zobaczyła wymarzonego kucyka.
Mężczyzna dobiegł do tylnego włazu, otworzył go i gestem dłoni zaprosił Kaję do środka. Wnętrze pojazdu okazało się być puste.
– Mam tam wejść? – zapytała naiwnie Kaja, nieufnie zaglądając do środka maszyny.
– Tak, szybko. Nie mamy czasu – ponaglał ją.
Coś podpowiadało jej, że nie do końca powinna mu ufać. Co prawda jak do tej pory nie znalazła najmniejszego racjonalnego powodu, żeby postrzegać go w tak negatywnym świetle, jednak uczucie niepewności uparcie nie pozwalało się odgonić. Wsunął rękę do środka i nacisnął jakiś guzik, a wnętrze transportera rozbłysło delikatnym, zielonym światłem taktycznym.
Naraz z drogi, którą sami przebyli, wypadł zombie. Kaja pisnęła przestraszona, jednak mężczyzna zachował zimną krew – nie wiedzieć skąd, w jego dłoni zmaterializował się nagle pistolet Walther P-99. Mężczyzna bez zbędnego wahania pociągnął za spust. Mały pocisk przeleciał przez głowę zombie z prędkością kilkudziesięciu metrów na sekundę. Martwe „zwłoki” opadły bezwładnie na chłodną ziemię.
– Adam Brdak – powiedział, odwracając się ku dziewczynie i zaglądając jej głęboko w oczy. Kaja poczuła, że to jeden z tych momentów w życiu, których się nie zapomina. – Nazywam się Adam Brdak. Jak już spotkasz swojego ojca, przekaż mu moje pozdrowienia.
Powiedziawszy to, wepchnął Kaję do środka transportera i zatrzasnął za nią drzwi. Dziewczyna jeszcze kątem oka zdążyła dostrzec wbiegających na polankę zombie. Zbyt wielu, żeby można ich było położyć jednym pistoletem.
Po paru sekundach usłyszała rozdzierający krzyk, dobiegający gdzieś spomiędzy namiotów. Krzyk pełen wściekłości i zawodu, ale i pewnego rodzaju zaciętości.
Od pancerza odbiły się kawałki metalu, a rosomakiem delikatnie zakołysała fala uderzeniowa, spowodowana wybuchem granatu. Granatu, który zakończył żywot Adama.
Bez wątpienia znalazła się w ostatnim, dziewiątym kręgu.
Plac Bankowy, godzina 03:50.
Tomek wstał i przeciągnął się, ostentacyjnie ziewając. Kuba spojrzał na niego swoimi podkrążonymi oczami, po czym powrócił do czyszczenia broni małą, naoliwioną szmatką. Od kilkudziesięciu minut pielęgnował swój pistolet Walther P-99, a jak powszechnie wiadomo – raz użyta broń nigdy nie będzie idealnie wyczyszczona. Co nie znaczy oczywiście, że nie należy próbować.
Po szybkim sprawdzeniu komendy wyszło na to, że jest pusta i względnie bezpieczna. Odnaleźli magazyn broni, lecz ku ich rozczarowaniu okazało się, że pomieszczenie zostało totalnie splądrowane – stojaki na broń świeciły pustkami; tylko na podłodze walały się pojedyncze sztuki amunicji. Widać ktoś wpadł na ten sam pomysł. Dodatkowo trafili jeszcze na kilka ciał, każde z przestrzeloną głową, więc zgodnie z obowiązującymi standardami – względnie bezpiecznych. Rozczarowani, ale z odrobinę podładowanymi magazynkami, zadekowali się w jednym z pomieszczeń biurowych. Natalia drzemała na prowizorycznym posłaniu, ułożonym na podłodze.
– Nie możesz spać? – zapytał mężczyzna. Echo poniosło jego ciche słowa w głąb opuszczonego posterunku.
– Nie – odpowiedział Tomek. – To znaczy jestem zmęczony, ale w głowie mam tyle myśli, że…
– Wiem, ja też – pocieszył go Kuba, krzywiąc twarz w lichej parodii uśmiechu.
Chłopakowi zrobiło się trochę lżej na duchu. Zaczął więc przyglądać się czynnościom wykonywanym przez towarzysza. Może sam by się tego nauczył? „W sumie kiedyś może mi to być potrzebne” – pomyślał. „Poza tym, jak się czymś zajmę, to chociaż na chwilę przestanę myśleć o głupotach”.
– Mogę się przysiąść? – zapytał tonem gimnazjalisty, który chce się dosiąść do najładniejszej dziewczyny w szkole. Kuba spojrzał na niego spode łba i nic nie powiedział, tylko uniósł delikatnie brwi. Chłopak uznał to za cichą zgodę. Odchrząknął i usiadł na ziemi obok policjanta.