Tomek kiwnął głową, ale bez specjalnego przekonania. Dopiero gdy w głowie powtórzył sobie to, co usłyszał, zaczął kiwać nią odrobinę energiczniej.
– Tak, chyba masz rację. To dobry pomysł. Wezmę też klucze i inne rzeczy. Zostawimy kartkę. Tylko… – chłopak wziął głęboki oddech – …musiałem uciekać z mieszkania przez okno. Sforsowali drzwi po tym, jak dobrali się do sąsiada. Zabarykadowałem się, ale niewiele to dało.
– Spoko, tym razem sobie poradzimy – powiedział Kuba, wskazując ręką na torby z bronią. Od momentu, w którym je znaleźli, mieli je cały czas przy sobie.
Tomek zastanowił się chwilę.
– Okej. Możemy tak zrobić – stwierdził w końcu.
Twarze pozostałej dwójki wyraźnie się rozpromieniły.
– Super. Powiesz nam, co masz jeszcze na tej działce? Jakieś narzędzia, jest ogrodzona, czy masz niedaleko jezioro, jak tam dojechać, gęsty las? – Kuba wylewał z siebie potok pozornie niepowiązanych pytań, które jednak miały wspólny mianownik – bezpieczeństwo.
– Poczekaj, spokojnie – zaczął Tomek. – Działkę moi rodzice kupili siedem lat temu. Wtedy był to kawałek ogrodzonej, ale porośniętej gęstymi chwastami ziemi nad jeziorem. Rosło tam sporo drzew, co się w sumie nie zmieniło, a chwasty sięgały mi prawie do czoła. Serio, nie patrzcie tak na mnie. Karczowałem to przez tydzień, tylko z ojcem. Pojechaliśmy przygotować grunt pod budowę domu. Niby ojciec mógł opłacić jakąś ekipę, żeby to zrobili za nas, ale chyba chciał po prostu trochę odpocząć od miasta i pojechać tam tylko ze mną. Przez ten tydzień spaliśmy w namiocie i kąpaliśmy się w jeziorze. Jest tam takie małe jezioro, miejscowi nazywają je Romanek, nie wiem, jak się nazywa w rzeczywistości. Z tarasu je widać. Mamy też łódkę, a działka jest ogrodzona płotem. Nie wiem, ile ma wysokości, ale sięga mi z pół metra nad głowę. Rodzice lubili prywatność, zwłaszcza gdy zaczęli budować ten dom. Wiecie, żeby miejscowi się za bardzo nie interesowali, ale ja i tak myślę, że jak nas tam nie ma, to oni przeskakują przez płot i sobie wszystko dokładnie oglądają.
– Czyli jest płot i jezioro? – potwierdził Kuba.
– No przecież mówię – żachnął się Tomek, spoglądając nań poirytowanym wzrokiem.
– Dobra, mi chyba tyle wystarczy – powiedział Kuba, patrząc na Natalię.
Jej oczy wyrażały zgodę, ale powiedziała:
– Tak, mi też, ale wcześniej musimy jeszcze wziąć parę rzeczy. Jak na przykład jedzenie.
– Jasne. Zapasy na parę miesięcy – skwitował policjant.
– Ej, czy was nie za bardzo ponosi? Skąd pewność, że poza Warszawą tak nie jest?
Pytanie Tomka rozbroiło pozostałą dwójkę. Bo faktycznie, nie wiedzieli. Nie mieli prawa wiedzieć, co się dzieje poza miastem, zwłaszcza że nie mieli pewności, co się dzieje w samej stolicy. Łączności nie było, telefony stały się bardziej zaawansowanymi zegarkami z funkcją robienia zdjęć, bo bez zasięgu na niewiele więcej się zdawały.
Po trwającym kilkanaście sekund milczeniu Kuba zabrał głos:
– Masz rację, nie wiemy. Ale wolę się uzbroić, zgromadzić zapasy na parę tygodni i podczas ewakuacji z Warszawy trafić na grupę ratunkową, niż siedzieć tu i bezczynnie czekać na dalszy rozwój wypadków.
W milczeniu trawili to, co przed chwilą powiedział. A jak się powszechnie przyjęło, milczenie wyraża zgodę. Każdy w głowie wyobrażał sobie, co ich czeka na Mazurach, jak się przygotować do wyprawy i co zrobić, żeby bezpiecznie wydostać się z miasta. Po paru minutach ciszy odezwała się Natalia.
– To co? Jedziemy?
– Wygląda, że tak. Co ty na to? – Kuba z szacunkiem zapytał Tomka o zdanie. Jakby nie było, działka była jego, a oni się tak jakby trochę wpraszali.
– Tak. Jedźmy – odpowiedział chłopak. – Ale wcześniej zahaczymy o moje mieszkanie.
– Jasne, tak jak się umawialiśmy.
– Spoko.
Oczy policjanta błysnęły z zadowolenia.
– Spoko – powtórzył Kuba. – Zastanówmy się, czego nam potrzeba.
– Mam na czym zapisać – powiedziała Natalia, wymachując plikiem czystych kartek, znalezionych na najbliższym biurku.
Wszyscy czuli takie samo podniecenie – jak przed pierwszą szkolną wycieczką, kiedy nie wiesz, czego się spodziewać, i nie do końca jesteś przekonany, czy naprawdę chcesz jechać, ale i tak ruszasz po przygodę. Pojawiła się iskierka nadziei, że może uda się wyjść z tego bagna w jednym kawałku.
Pola Mokotowskie, godzina 05:47.
Udało się. Tak jak chciał, zobaczył marny koniec górskich olbrzymów. Chociaż nie wywołało to takiej euforii, jakiej oczekiwał, to i tak było miło popatrzeć, jak ich ciała opadały bezwładnie na chłodną ziemię Pól Mokotowskich. W momencie gdy odkryli rosomaka, Jacek wycofał się spokojnie między namioty. Niby w poszukiwaniu broni, niby jako tylna straż. Jednak zamiast dać nogę i uciec, pozostał na stanowisku. Bo coś mu podpowiadało, że warto będzie posiedzieć parę minut między skrzyniami i poczekać na dalszy rozwój wypadków.
Z początku współczuł dziewczynie. Była taka drobna i wystraszona. Błyskawicznie spostrzegł, że w pięknym ciele kryła się dusza wojowniczki, jednak wiedział, że w starciu z tymi potworami nie miała szans. Piękna i bestie, ale z nieco innym zakończeniem. Kiedy niespodziewanie na polanę wkroczyła odsiecz, Jacek miał mieszane uczucia – nie był w stanie określić, czy bardziej się cieszył z tego, że mężczyźni zostali rozstrzelani, czy było mu smutno, bo przerwali pokaz, zanim na dobre się zaczął. „Cóż, dziewczynie to pewnie było na rękę. Chociaż, kto wie…” – pomyślał ponuro i zachichotał sam do siebie.
Jednego uczucia był pewien – uczucia rozczarowania. Rozczarowania tym, że krew normalnych ludzi okazała się tak samo czerwona jak krew zombie. W sumie to nie wie, czego się spodziewał, ale chyba oczekiwał czegoś innego. Z drugiej strony to doświadczenie zacierało Jackowi granicę, jaka teoretycznie istniała między ludźmi a zombie. W tym momencie po raz kolejny przez głowę mężczyzny przeleciała myśl, że zabawa, którą tak ostatnio polubił, nie musi się ograniczać tylko do żywych trupów. Można się przecież zabawić z zupełnie normalnymi ludźmi. Może ci okażą się bardziej rozmowni, a nie będą tylko jęczeć i wyć. Wniosą do dyskusji nieco polotu.
Jacek cicho wycofał się, podczas gdy ludzie na polanie padli sobie w objęcia. Coś w głębi duszy podpowiadało mu, że jeszcze kiedyś na nich trafi. Może zmieni podejście i będzie chciał się zemścić za górali, z którymi spędził ostatnie godziny? A może zamiast tego zaprzyjaźni się z tymi ludźmi i wspólnie przetrwają panujący wokół chaos?
Chaos.
To słowo towarzyszyło mu nieprzerwalnie od ostatnich kilkunastu godzin i zdążył się z nim bardzo zaprzyjaźnić. Zastanawiając się nad absurdalnością i bezsensownością swoich rozmyślań, dotarł do krańca obozu. Przyjrzał się wysokiej siatce, nienaruszonej w żadnym miejscu. Jej szczyt okalał gęsto rozpięty drut kolczasty, którego sforsowanie mogłoby się źle skończyć, więc stanął i pokręcił głową w poszukiwaniu wyrwy. Nagle usłyszał zbliżające się głosy. Rozmówcy z całą pewnością szli w jego kierunku, a on nie miał gdzie się ukryć. Poczuł narastającą panikę. Nie zastanawiał się, czego się boi. Po prostu aktualnie nie chciał stanąć twarzą w twarz z tymi ludźmi. Nie i koniec. Wariaci nie muszą mieć racjonalnego powodu, żeby cokolwiek robić albo żeby czegoś nie chcieć. Nagle do jego trawionego szaleństwem umysłu wpadł zalążek czegoś, co można nazwać dobrym pomysłem. Jacek podbiegł parę kroków i położył się na ziemi, tuż obok szczątek martwego zombie. Mężczyzna był umazany krwią tak mocno, że nie sposób byłoby odnaleźć rany po ugryzieniach, więc maskowanie miał niemal idealne. Nie zważając na potworny smród unoszący się wokół, położył się na brzuchu, zwracając twarz w kierunku, z którego mieli nadejść ludzie. Parę chwil później wyszli zza namiotów. Jacek przymknął powieki.
– To ten kolejny namiot – powiedziała dziewczyna.