Литмир - Электронная Библиотека
Содержание  
A
A

– Tam trzymają amunicję? – zapytał mężczyzna, który ją uratował. Miał niski, głęboki głos, z delikatną chrypką, przez którą wydawał się brzmieć bardziej tajemniczo.

– Tak – padła odpowiedź.

Przeszli obok niego i nagle, gdy znaleźli się parę metrów za nim, trzeci głos powiedział:

– Ej, patrzcie.

Głos nie należał ani do mężczyzny, ani do dziewczyny. Należał do kogoś, kogo Jacek przeoczył. Kogo nie widział. To źle. Wyobraźnia zaczęła wariować. Miał ochotę wstać i uciec, jednak wiedział, że musi pozostać nieruchomy.

– Co jest? – zapytał mężczyzna.

– Trup. Nie widzisz? – nieznany wcześniej głos na pewno należał do kogoś młodego. Jakiegoś nastolatka. Jacek powoli zaczął tworzyć w wyobraźni jego obraz.

Czuł, że pozostała dwójka przytaknęła.

– No, trup. Jezu, ale go urządzili. Ale co z tego? – zapytała dziewczyna.

– To, że zaraz wstanie i zacznie polować. Powinniśmy mu strzelić w łeb – stwierdził nastolatek.

Jacek przyjął to z dziwnym spokojem. W sumie to nie byłoby takie złe. Dostałby strzał w tył głowy, ponoć bezbolesny. Kotara opada, publiczność bije brawa. I koniec. Nikt by za nim nie zapłakał. Chyba, bo gdzieś tam w podświadomości kołatało się wyblakłe wspomnienie tego, co większość ludzi określa mianem „rodzina”. Swojej rodziny Jacek nie pamiętał. Wie, że byli jacyś ludzie, którzy go wkurwiali bardziej i częściej niż inni, ale nie potrafił powiedzieć niczego więcej na ich temat. Może ich zabił? Może to oni zabili jego.

– Chyba masz rację – powiedziała dziewczyna. Miała miły głos. Taki ciepły i opiekuńczy. Jacek chętnie by się z nią zabawił. Nie w sposób, o jakim myśleli górale. Nie – on na przykład wsadziłby ją do klatki i słuchał, jak mówi. Kazałby jej mówić cały czas. Rozmawialiby długimi godzinami, a on, otulany jej słowami, usypiałby na kanapie, przed którą stałaby klatka. „Urocza wizja, aczkolwiek mało prawdopodobne, żeby się spełniła, bo zaraz palną ci w łeb, debilu” – usłyszał w myślach.

Uchem złowił zbliżające się kroki. Ktoś stanął nie dalej niż metr od niego. Chwilę potem usłyszał mechaniczny szczęk odbezpieczanego zamka. Wstrzymał oddech. Czas stanął w miejscu. W wyobraźni słyszał huk wystrzału, ale on uparcie nie nadchodził. W pewnym momencie miał ochotę wstać i wykrzyczeć: „Strzelaj!”, ale pewnie wcześniej dostałby kulkę prosto w twarz. W sumie to też była jakaś opcja. Sekundy ciągnęły się w nieskończoność.

– Nie, poczekaj – nieoczekiwanie powiedział mężczyzna.

– Czemu? – zapytał nastolatek. W jego głosie słychać było zawód, przemieszany ze strachem. Wyraźnie bał się, że jeżeli nic nie zrobi, będą z tego powodu kłopoty.

– To nie jest zombie.

Dopiero teraz Jacek naprawdę zaczął się bać. Co zrobi, jak będą próbowali go ocucić? Jak wpadną na głupi pomysł zbadania go lub zaopiekowania się nim? Jakby co może powiedzieć, że się położył, bo myślał, że są jednymi…

– Skąd wiesz? – usłyszał ponownie głos dziewczyny. Ten rozświetlał jego umysł niczym ciepłe światło pochodni rozpraszające cienie opuszczonych i zapomnianych lochów. Przerwał rozmyślania, żeby maksymalnie skupić się na tym, co mówią. W końcu od tego zależy jego dalszy los.

– Gdyby był zainfekowany, już dawno by wstał.

– No, w sumie… ale wiesz przecież, że różnie na to reagują. Jedni wstają od razu, inni trochę później.

– Tak, ale wydaje mi się, że ten tutaj zginął podczas strzelaniny. Pewnie żołnierze go przywieźli tuż przed atakiem zombie. Kaja, widziałaś go wcześniej w obozie? – zapytał mężczyzna.

– Nie – odpowiedziała.

– To pewnie jest tak, jak mówię. Dobra, chodźmy już, bo tylko tracimy czas.

Jacek poczuł wyraźną ulgę. Jednak jeszcze trochę czasu mu zostało.

Max niechętnie wykonał polecenie Pawła. Coś mu podpowiadało, że gdzieś już widział tego człowieka. Ta biała, zalana krwią koszula. Twarz wyrażająca szaleństwo i noga od stołu, która niewątpliwie służyła za maczugę. Gdy nieśli skrzynię z amunicją, w końcu sobie przypomniał – to był mężczyzna, którego oboje z Pawłem widzieli w sklepie spożywczym! Ten sam, który bratał się ze zgrają wielkoludów zastrzelonych teraz przez Pawła. Max wypuścił skrzynię i odbezpieczając broń, czmychnął z powrotem między namioty. Wiedział, że człowiek w białej koszuli żył, gdy nad nim stali. Jakiś szósty zmysł mu to podpowiadał. Powinien był go wtedy zastrzelić i nie oglądać się na Pawła i Kaję.

Gdy wybiegł zza namiotu, okazało się, że miejsce, w którym leżał zakrwawiony mężczyzna, jest puste.

Pola Mokotowskie, godzina 06:45.

Mówię ci, że to był ten sam gość – znowu zaczął Max, dźwigając z Pawłem ciężkie pudło.

– Jezu, dobrze. Wierzę ci – powiedział wyraźnie rozdrażniony Paweł. – I co z tego? Co ci to da? Chcesz iść i go szukać? Proszę bardzo, droga wolna.

Mężczyzna miał już dość słuchania w kółko tego samego.

– Może zamienił się w zombie – zasugerowała Kaja, wyczuwając napięcie między nimi.

– Nie, raczej nie – odpowiedział zamyślony chłopak. Domyślił się, że jego dywagacje nie miały najmniejszego sensu i tylko odwracały uwagę Pawła od naprawdę ważnych rzeczy. – Wtedy pewnie przyszedłby do nas.

Kaja kiwnęła mu głową, nie odpowiadając na to ani słowem.

– Dobra, to co my tu mamy? – zapytał Paweł, zmieniając temat. Oparł się plecami o chłodny pancerz rosomaka.

Ostatnie kilkadziesiąt minut poświęcili na plądrowanie obozu i zbieranie wszelkich potrzebnych im rzeczy. Paweł też kilkukrotnie próbował nawiązać łączność krótkofalową przez radiostację zamontowaną w transporterze, jednak czynił to bezowocnie. Sprzęt był sprawny, ale po drugiej stronie nikt nie odpowiadał, co nie wróżyło niczego dobrego. Podczas gdy Kaja i Max zbierali środki medyczne, komandos upewnił się, że rosomak działa, i przygotowywał go do drogi. Poinstruował też pozostałą dwójkę, że mają być niesłychanie uważni i czujni – jedna osoba zbiera leki, bandaże i inne ratujące życie cuda do torby, a druga stoi na czatach. Sporo ryzykowali, ale jednocześnie każdy z nich był wyjątkowo spokojny. Może liczyli na to, że zombie po splądrowaniu obozu nie będą prędko wracać w te strony? Teoria naciągana i mało prawdopodobna, jednak im wystarczyła. Potrzebowali tej odrobiny psychicznego luzu, żeby móc skupić się na tym, co będzie im niezbędne w przyszłości.

Takim sposobem po niespełna dwudziestu minutach zakończyli pakowanie.

– No dobra. Sprawdźmy, co mamy – powiedział Paweł, przyglądając się opancerzonemu transporterowi. Pozostała dwójka milczała.

– Amunicja?

– Jest – odparła krótko Kaja.

Paweł odwrócił głowę w jej stronę. Nic nie mówił, tylko z rękami opartymi luźno na przewieszonym przez ramię berylu, wpatrywał się uważnie w córkę. Kaja nagle jakby oprzytomniała. Uderzyła się dłonią w czoło.

– Tak. Przepraszam. Trzy skrzynie, w każdej po trzydzieści kilogramów pocisków kalibru 5,56 milimetra. Innych nie znaleźliśmy.

– Dobrze, tak lepiej. Broń?

– Jedna skrzynia ręcznych karabinów maszynowych typu Beryl. Zebraliśmy to, co zostało po bitwie. Nie wiemy, w jakim stopniu karabiny są sprawne, ale wyglądają dobrze. Czternaście sztuk, nie licząc tego, co mamy przy sobie.

Dziewczyna przypomniała sobie, jak ważne jest składanie raportów w zwięzły i prosty sposób. Pozwala to na zaoszczędzenie cennych sekund, których zawsze brakuje podczas bitwy, więc teraz Kaja mówiła krótko i rzeczowo. Tak jak ojciec uczył ją przez te wszystkie lata, gdy wychowywała się bez matki. Lubiła to. Lubiła ten cały wojskowy dryl – gdy miała kilka lat, od razu się w nim odnalazła. Nigdy nie kręciły ją zabawy lalkami czy w dom i gotowanie obiadów z piasku. Nie, Kaja wolała bawić się w poligon albo w budowanie baz na drzewach. Co nie ujmowało jej kobiecości, a to już nie lada sztuka.

– Środki medyczne? – ciągnął dalej komandos. Ruszył powoli dookoła rosomaka, przyglądając się pojazdowi.

62
{"b":"643245","o":1}