– Rzuć broń! – usłyszał nagle Kuba. Głos był młody, ale pewny siebie i waleczny, bez cienia strachu. Kuba błyskawicznie skulił się i zaczął rozglądać wokół siebie, wbrew poleceniu unosząc karabin do strzału. Nie dostrzegł nikogo, poza Tomkiem, który wpatrywał się w niego przerażonym wzrokiem, nie wiedząc, co robić. „Myśl” – ponaglił się w myślach policjant.
– Rzućcie broń! – do jego uszu dotarło kolejne polecenie.
– Pokaż się! – odpowiedział policjant.
„Cholera, gdzie on jest” – pomyślał. „Jeśli jest jeden, to dlaczego nie uciekł?”. Nagle dostrzegł ruch przed sobą, tuż za samochodem, o które otarło się volvo. Ktoś się tam czaił i na pewno nie był to zombie.
– Wyjdź zza samochodu, a nic ci się nie stanie! – krzyknął w przypływie pewności siebie Kuba. – Tylko spokojnie!
Czuł, jak jego żołądek kurczy się ze strachu. Ręce delikatnie mu drżały, jednak wiedział, o jaką wielką stawkę toczy się rozgrywka – musi za wszelką cenę ochronić Natalię, jakoś wyprowadzić ją z tego przeklętego miasta. Fajnie by było, jakby przy okazji i jemu udało się przeżyć.
Wtedy postać ukrywająca się za samochodem powstała. Okazał się być nią młody chłopak w stylu metalowca – czarny T-shirt w bliżej nieokreślony wzór, długie, rozpuszczone włosy, bojówki i ciężkie glany. „I tej gnidy się bałem?” – zapytał się w duchu Kuba. „Jezu, chyba się starzeję”. Nagle zza volva, stojącego kilka metrów dalej, wyłoniła się kolejna postać. Tym razem była to drobna brunetka, o pociągłej twarzy, nie dziewczyna, ale jeszcze i nie kobieta, jak to śpiewała pewna blondynka zza oceanu. Na dodatek napotkana dwójka trzymała w rękach czarne, połyskujące w słońcu karabiny maszynowe. Kuba bez problemu rozpoznał w nich broń, jaką posługuje się Wojsko Polskie. Sytuacja była patowa, dwa do dwóch, jednak Kubie w dziwny sposób ulżyło – z dwójką dzieciaków poradzi sobie przecież bez problemu.
– Wyjdźcie zza samochodów i rzuć… – zaczął mówić, ale nie było mu dane skończyć.
Usłyszał stukot spadającego kamyczka o sekundę za późno.
– Rzuć broń – usłyszał tuż za sobą i poczuł, jak robi się malutki ze strachu. „Niemożliwe, żeby ktoś mnie zaszedł od tyłu, przecież w samochodzie siedzą Tomek i Natalia, któreś musiało coś widzieć”.
– No dalej. Tylko powoli – ponaglił go głos. Był spokojny, pewny siebie i opanowany. Nieznoszący sprzeciwu. Poza tym policjant był w takiej sytuacji, że najmniejsza próba stawienia oporu niechybnie skończyłaby się jego śmiercią.
Kuba położył MP5 na asfalcie, po czym odwrócił się powoli z uniesionymi rękami i spojrzał na stojącego niespełna dwa metry od niego potężnego, krótko ostrzyżonego mężczyznę w szarym T-shircie. Facet celował w niego z kolejnego karabinu maszynowego. Głęboko osadzone szare oczy świdrowały go na wylot i Kuba, patrząc na jego postawę, uświadomił sobie, że ma do czynienia z profesjonalistą.
Bielany, godzina 11:42.
Jak dalej? – zapytał Paweł, wjeżdżając w ulicę Conrada. Przejechali bez większych problemów przez aleję Jana Pawła II, następnie Powązkowską, Maczka i Reymonta. Przy cmentarzu Powązkowskim Max zaczął coś mówić na temat trupów wstających z grobów, jednak Kaja błyskawicznie go sprowadziła do pionu, dyplomatycznie prosząc o zamknięcie gęby. Ku jej uciesze, chłopak posłuchał.
– Prosto. Przez to skrzyżowanie… kurwa! – krzyknął Max. Nie zdążył dokończyć, gdyż z prawej strony skrzyżowania niespodziewanie wyskoczyła policyjna furgonetka. Paweł wdusił pedał gazu, żeby zdążyć przejechać przez rozpędzonym pojazdem i, o dziwo – udało mu się dosłownie minąć go o włos. Błyskawicznie wcisnął do dechy pedał hamulca i jednocześnie zaciągnął ręczny, żeby tylko jakoś się zatrzymać. Wtedy jeszcze nie pomyślał o tym, co będzie później. Volvo wpadło w poślizg, pomimo tego, że na ulicy było sucho i pusto. W ułamku sekundy przez umysł Pawła przeszła tylko jedna myśl – zawsze się zastanawiał, jak to jest możliwe, że ktoś prowadzi samochód polną drogą i nagle ląduje na drzewie. Teraz już wiedział, zrozumiał, jak wiele może zmienić drobny, gwałtowny ruch kierownicą przy pełnej prędkości. Jednak była to niesamowicie niebezpieczna i bolesna lekcja.
W ciągu następnych kilku sekund samochód uderzył kolejno w stojącego na poboczu forda i odbijając się od niego, skasował znak drogowy, aby w końcu zatrzymać się na słupie. Z głośnym hukiem wystrzeliły poduszki powietrzne, przednia szyba pokryła się gęstą siatką pęknięć, a maska złożyła się w elegancką harmonijkę. Paweł poczuł, jak jego potylica uderza w miękki zagłówek, a potem nastała tak bardzo upragniona ciemność i cisza.
Jednak nie było mu dane długo odpoczywać. Jak przez mgłę poczuł uścisk na ramieniu i dobiegający gdzieś z oddali głos.
– Tato, tato, ocknij się – błagała Kaja i szarpała go za ramię. Mimo tego, że jej strach nie był zbytnio uzasadniony, dziewczyna bała się, że straciła ojca. Przecież wystrzeliła poduszka powietrzna, kierowca był bezpieczny, tak samo jak w jej przypadku – szok wywołany wypadkiem to jedno, ale brak obrażeń fizycznych i zagrożenie motywowało do działania.
Niechętnie i mozolnie Pawłowi zaczynała wracać świadomość. W pierwszej chwili nie wiedział, gdzie jest, gdy nagle wspomnienia uderzyły go z zadziwiającą siłą – wypadek, hamowanie, słup. „Czy Kaja jest bezpieczna, czy nic się jej nie stało?” – pomyślał spanikowany. „Nie, skoro to ona go ocuciła, musi być cała i zdrowa”. Uspokoił się, widząc, że stan jego córki nie odbiega od tego, co sobie wyobraził. Wtedy do jego nozdrzy doleciał mdły zapach oleju silnikowego. „To jesteśmy w dupie” – stwierdził w duchu mężczyzna.
– Max? – zerknął na tylne siedzenie. Wiedział, że chłopak jechał w niezapiętych pasach bezpieczeństwa, przez co mógł wypaść przez przednią szybę.
– Jestem cały – doleciał do niego głos chłopaka. Paweł odwrócił się i niczego nie dostrzegł. Dopiero gdy skierował wzrok na podłogę, zobaczył, że Max zdążył się skulić między fotelami, przyjmując na podłodze pozycję embrionalną. Prawdopodobnie uratowało mu to życie. Jednak nie czas teraz na analizę. Policjanci z tego wozu mogą być równie wrogo nastawieni jak wojsko, które strzelało do nich w centrum. A tutaj nie mają gdzie uciekać, więc pozostaje im tylko atak.
Złapał beryla i chwycił za klamkę.
– Max, Kaja – powiedział. – Wyjdźcie z samochodu, rozdzielcie się i odwróćcie ich uwagę. Ja w tym czasie zajdę ich od tyłu.
Powiedziawszy to, otworzył drzwi i wyskoczył na asfalt. Nie czekał na ich reakcję, nie było czasu na rozmowy i dokładne ustalanie strategii. W powietrzu unosił się zapach spalonej gumy i oleju. Ulica była pusta, ale Paweł i tak się rozejrzał. Wszak jadąc w tym kierunku, też myślał, że są sami, i o mało nie kosztowało ich to życie. Biegł maksymalnie pochylony i po chwili znalazł się po drugiej stronie ulicy, za krzakami oddzielającymi torowisko od chodnika. Czuł, że od uderzenia bolało go kolano i pulsowała mu głowa, ale zignorował ból, skupiając się na czekającym go zadaniu. Teraz od samochodu policyjnego dzieliło go około trzydziestu metrów. Zauważył, że tamci też uderzyli w przeszkodę, więc jest szansa, że są ogłuszeni. Na jego szczęście całą drogę mógł pokonać pod osłoną wysokiego na półtora metra, gęstego żywopłotu. Dodatkowo doszedł element zaskoczenia, bo wątpił, żeby któryś z policjantów spodziewał się ataku od tyłu. Paweł rozpoczął ciche i szybkie podkradanie się do celu.
Gdy był około piętnastu metrów od furgonetki, zatrzymał się. Usłyszał trzask otwieranych drzwi i czyjeś kroki na asfalcie. Naliczył dwie osoby.
– Rzuć broń! – dobiegło doń z oddali.
Paweł usłyszał komendę, wydaną przez Maxa. Wyjrzał przez dziurę w żywopłocie, ale nie dostrzegł nigdzie ani chłopaka, ani swojej córki. „Dobrze to wymyślili” – stwierdził. „Muszę iść dalej, liczy się każda sekunda” – ponaglał się w myślach. Był już tylko kilka metrów od furgonetki, gdzie kończyła się linia krzaków, które dawały mu ochronę. Teraz musiał wyjść na otwarty teren. Pochylił się nisko do ziemi i zajrzał pod pojazd. Zobaczył parę białych sportowych butów, które na pewno nie znajdowały się na wyposażeniu policji. Wtedy jego wzrok trafił na trzęsącego się ze strachu chłopaka, chowającego się za koszem na śmieci. O co tu chodzi? Cywile w policyjnej furgonetce?