Литмир - Электронная Библиотека
Содержание  
A
A

Nie dostrzegł nikogo normalnego. Dopadły go najczarniejsze myśli, jego umysł podsuwał najgorsze scenariusze. Oczami wyobraźni widział, jak krążący wokół ludzie się z niego śmieją. Szydzą. Wskazują go palcami i wytykają tchórzostwo, bo boi się wyjść i stanąć do walki.

Naraz wziął parę głębokich oddechów i skupił wzrok na jednym z ciał.

– Pieprzyć to – powiedział szeptem, ledwo rozchylając usta.

Miał dość. Czuł, że coś w nim bezpowrotnie pękło. Odnosił dziwne wrażenie, że stało się tak już bardzo dawno temu, ale dopiero teraz to sobie uświadomił. Całe jego życie sprowadzało się do rutynowych zajęć, powtarzanych z niemalże szwajcarską precyzją. Po prostu w nieskończoność powielał te same czynności i schematy, starając się nie wychodzić przed szereg. Poczuł, jak robi się czerwony ze złości. Wszystko przepadło. Tyle bezpowrotnie zmarnowanego czasu… Przed oczami przeleciały mu ostatnie lata życia i z żalem stwierdził, że jedyne wspomnienia, jakie ma, związane są z pracą.

Wstał z podłogi i spokojnie podszedł do panelu administracyjnego, znajdującego się za biurkiem ochrony. Nie obchodziło go, czy ktoś go z ulicy go zobaczy, czy nie. Zaczął metodycznie przeszukiwać szuflady. Wątpił, że znajdzie jakąkolwiek broń. Szukał za to kluczy, które otworzą mu drogę do zamkniętych pomieszczeń, do zamkniętych szafek i sam Bóg jeden wie, co tam znajdzie. Oby cokolwiek, co będzie mogło mu posłużyć za broń, a będzie lepsze od stołowej nogi. Chociaż osobiście przekonał się, że ta ostatnia całkiem nieźle się sprawdza.

Po paru sekundach dzierżył już w dłoni pęk brzęczących kluczy i szedł w kierunku drzwi, na których widniała tabliczka z napisem „ochrona”. Chwilę mu zajęło znalezienie odpowiedniego, ale ostatecznie udało mu się przekroczyć próg pomieszczenia. Uderzył go zapach potu, stęchlizny i taniej wody po goleniu. Uśmiechnął się pod nosem. Podobało mu się to. Podobało mu się, że śmierdziało, że całe jego ubranie było poplamione krwią i że miał okazję roztrzaskać paru osobom głowy nogą od stołu. Przyjął tę świadomość ze spokojem, nie czuł się winny. Nie było policji, sądów, innych ludzi. Nie było już przed kim czuć się winnym, a jego własne sumienie opuściło go parę godzin temu, ustępując miejsca nadciągającemu szaleństwu.

Stał w progu, upajając się nową siłą. Uczuciem spokoju i totalnej bezkarności. Jego własną, spaczoną definicją wolności. Czuł się, jakby znalazł się w grze komputerowej, gdzie może robić, co chce i komu chce, i nikt go za to nie ukarze. Nigdy nie podejrzewał siebie o takie podejście. Człowiek uczy się samego siebie przez całe życie.

– Co my tu mamy… – szepnął pod nosem, zapalając światło.

Jego oczom ukazały się trzy stojące szafki, tandetny stolik z jeszcze tandetniejszym czajnikiem i paroma brudnymi kubkami, nad którym wisiał kalendarz z gołą babką. Do tego pusty wieszak na mundury i para wojskowych butów. Słowem, mnóstwo rzeczy, które zupełnie nie nadają się do walki.

– Niech to cholera – przeklął pod nosem.

Podszedł do szafek, na szczęście otwartych, ale ich zawartość była równie interesująca i przydatna co zawartość samego pomieszczenia. Zastanowił się przez chwilę, rozglądając jeszcze raz po klitce. Może coś przeoczył? Niestety musiał pogodzić się z faktem, że nic nie umknęło jego uwadze.

„No trudno, trzeba będzie poszukać gdzie indziej” – pomyślał i wyszedł, nie zamykając za sobą drzwi. Spojrzał na zegarek – było parę minut po dwudziestej pierwszej. Czas się zbierać.

Wrócił do recepcji, wziął wcześniej już wypróbowaną nogę od stołu i zważył ją w ręku. Sprawdziła się do tej pory, więc będzie dzielnie służyła dalej. Przez chwilę myślał, czy nie wrócić na górę po drugą nogę, żeby mieć broń w obu rękach, ale stwierdził, że jedna trzymana naraz będzie skuteczniejsza. Odwrócił się i zaczął powoli kroczyć w stronę drzwi. Jego skórzane lakierki z głośnym echem uderzały o marmurową podłogę. Nie śpieszył się. Wiedział co go czeka po przekroczeniu progu i wyjściu na ulicę. Jakaś głęboko schowana, racjonalnie myśląca część jego świadomości wiła się i krzyczała, próbując oswobodzić się z oków szaleństwa, jakimi została spętana. Jednak to działanie z góry było skazane na niepowodzenie. Gdzieś na samym dnie duszy Jacek wiedział, co robi. Miał świadomość tego, co się dzieje i na co się godzi. Po prostu stwierdził, że zanim zginie, to się odrobinkę zabawi.

Złapał za klamkę, otworzył drzwi i po raz ostatni w życiu wyszedł ze swojego miejsca pracy.

Stare Miasto, godzina 20:22.

Zaufajcie mi – parsknęła Natalia, przedrzeźniając księdza. – Wyszliśmy na tym gorzej niż Zabłocki na mydle!

Kuba spojrzał zmęczonym wzrokiem na żonę. Wyjął paczkę czerwonych lucky strike’ów i odpalił papierosa.

– Proszę tutaj… – zaczął duchowny, ale policjant posłał mu spojrzenie pod tytułem „zmuś mnie”, więc ten nie skończył zdania.

– Kochanie, przestań biadolić. Marudzisz, odkąd tu weszliśmy – powiedział Kuba, głęboko zaciągając się dymem.

– A pewnie! I dalej będę biadolić! Zobacz, gdzie przez niego wylądowaliśmy! – odkrzyknęła, wskazując palcem na księdza, który skulił się pod jej nienawistnym spojrzeniem.

– Fakt, ale gdyby nie on, to już byśmy nie żyli – odparł Kuba, ostentacyjnie wypuszczając dym w jej stronę. Natalia zrobiła się purpurowa ze złości, ale nie odpowiedziała.

Zapadła niezręczna cisza. W głębi ducha Kuba rozumiał żonę. Tkwili od paru godzin w zatęchłej, wilgotnej piwnicy. W powietrzu unosił się zapach starego drewna i mokrej cegły. Po północnej ścianie nieustannie sączyła się jakaś bliżej nieokreślona ciecz, na szczęście znikając w podłodze i nie zalewając całego pomieszczenia. Inaczej już dawno by się potopili. Kompleks piwniczny był ogromny, przypominał bardziej katakumby niż małą kościelną piwniczkę, w której przechowuje się mszalne wino. Sklepienie i korytarze były wykończone średniowiecznymi, ceglanymi łukami i aż dziw brał, że tyle czasu zdołały wytrzymać. Ksiądz zapewnił ich, że wejście, którym się tu dostali, jest jedynym, a stalowe drzwi wyglądały bardzo solidnie. Policjant zapytał go, po co aż takie zabezpieczenia w starym kościele. W odpowiedzi usłyszał, że wcześniej bezdomni wykradali zapasy, jakie były tu składowane, i że z datków udało się im drzwi zakupić właśnie takie. Dodał też, że nie tylko wino jest tu przechowywane, ale Kuba nie ciągnął dalej tematu.

– No dobrze… jest ksiądz stuprocentowo pewien, że nie ma stąd żadnego innego wyjścia? – zapytał Kuba, spoglądając w stronę kapłana.

– Tak – odparł, ale w jego głosie słychać było niepewność. Widać, sam zorientował zauważył, bo błyskawicznie dodał znacznie pewniejszym tonem – Tak, jestem tego absolutnie pewien.

Policyjny instynkt podpowiedział Kubie, że ksiądz kłamie. Zdecydował się jednak poczekać, aż ten się wygada, choćby przypadkiem.

– No to świetnie – stwierdziła Natalia, ostentacyjnie krzyżując ręce na piersi.

– Nati! – krzyknął Kuba. – Nie pomagasz – dodał nieco łagodniejszym tonem.

Ta tylko z fochem wypuściła powietrze i uciekła spojrzeniem w kierunku ściany.

– Może jeszcze nie wszystko stracone – powiedział delikatnie ksiądz.

Małżeństwo popatrzyło na niego czujnie, a policjant w duchu się uśmiechnął. Poszło łatwiej, niż myślał. Obrażona Natalia nie zamierzała się odzywać, a Kuba swym milczeniem chciał dać księdzu nieco czasu. Może sam zacznie mówić i nie trzeba będzie go ciągnąć za język? Kapłan jednak zdawał się odpłynąć myślami gdzieś daleko, jak już wielokrotnie mu się to wcześniej zdarzało. „Ciekawe, czy ja też będę łapał takie zawieszki, gdy będę w jego wieku” – zastanawiał się policjant. Po chwili dotarło do niego, że w świetle ostatnich wydarzeń jest raczej mało prawdopodobne, że pożyje na tyle długo. Mimo to na twarzy Kuby zagościł delikatny, ledwo zauważalny uśmiech. Pogodził się ze śmiercią. Oczywiście na tyle, na ile wydawało się to możliwe. Przerażenie, które wcześniej trawiło go od środka, gdzieś się ulotniło, ustępując miejsca spokojowi. Czyżby wpływ na to miał uświęcony charakter kościoła?

35
{"b":"643245","o":1}