– A przy okazji dowiemy się, co i jak. Dobra? – dokończył swoją myśl Paweł.
Max popatrzył na niego wzrokiem uczniaka, który nie zaszczycił nauczyciela swoją uwagą podczas wykładu, a teraz został poproszony o odpowiedź na zadane pytanie.
– Eeee… oczywiście – odparł po chwili wahania. Sekunda pauzy robiła dobre wrażenie. Nauczyciele często dawali się na to nabrać – uczeń skupiał się przed udzieleniem odpowiedzi, wobec czego naprawdę słuchał. O błogosławiona naiwności.
– No dobra. To idziemy. Tylko cichutko – powiedział Paweł i wstał. Następnie pochylony pobiegł w stronę wcześniej wskazanego sklepu. Wokół nich było pusto, ale mężczyzna czuł w kościach, że muszą być uważni. Miał też nieodparte wrażenie, że ktoś ich obserwuje. Żołnierz przytulił się plecami do ściany budynku i machnął ręką na Maxa. Ten wstał i trzymając głowę pochyloną, podbiegł do Pawła. Czuł się jak żołnierz skradający się na terytorium wroga. I w sumie niewiele to odbiegało od prawdy.
– Pamiętaj – wchodzimy, sprawdzamy, czy jest bezpiecznie, i dopiero wtedy bierzemy jedzenie. Inaczej mogą nas dopaść, jak będziemy buszować między półkami, jasne? – zapytał Paweł. Max z zapałem kiwnął głową.
Otwarte drzwi zapraszały ich do środka. Paweł wszedł pierwszy, delikatnie i uważnie stawiając kroki. Szedł przyczajony niczym wojownik ninja z uniesioną nad głową kataną, którą w jego przypadku zastępowała latarka. Nie miał nic lepszego i szczerze wątpił w to, że w sklepie uda mu się znaleźć cokolwiek, co posłuży za broń. Na szczęście światło było włączone, więc nie musieli iść po omacku. Przekroczyli granicę kas i ostrożnie wkroczyli między półki. Max raz po raz zerkał błagalnym wzrokiem na Pawła, który cały czas uważnie lustrował otoczenie. Zdawał się nie oddychać, nie emitować ciepła, dźwięku – po prostu nie istnieć. Nagle ten zatrzymał się i uniósł zaciśniętą pięść na wysokość twarzy. Chłopak wiedział z filmów i gier, co to oznaczało – należało zatrzymać się w bezruchu i czekać na dalsze instrukcje. Jak wiele życia można się nauczyć, nie wychodząc poza cztery ściany własnego, śmierdzącego pokoju.
Usłyszeli ryk silnika. Obejrzeli się w stronę, z której lada chwila miał nadjechać samochód. Max ruszył z zamiarem wyjścia na ulicę. Nagle Paweł złapał go za rękę i pociągnął w dół.
– Poczekaj. Nie wychodź – powiedział do chłopaka. Ten spojrzał na niego wzrokiem wyrażającym bezbrzeżne zdumienie. Jak to? Ratunek nadjeżdża, a ten każe mu nie wychodzić???
– Pochrzaniło cię? Puść mnie! – odpowiedział Max, starając się wyrwać z uchwytu druha.
– Niżej, do cholery! – krzyknął ten i zmusił chłopaka do przyjęcia pozycji nieomal horyzontalnej. Max wiedział, że nie ma sensu się z nim szarpać, więc zdecydował się zgodzić na „propozycję” Pawła. Poza tym do tej pory jego przeczucie się sprawdzało, więc może i w tym zachowaniu jest jakieś ziarno racjonalizmu.
Naraz zza rogu wyjechał brązowy pick-up z podniesionym dodatkowo podwoziem. W szoferce siedziało dwóch rosłych mężczyzn, na pace kolejnych trzech. Każdy z nich był uzbrojony. Już na pierwszy rzut oka, wśród normalnie ubranych facetów, wyróżniał się mężczyzna w poplamionej krwią koszuli i garniturowych spodniach.
Samochód zatrzymał się i jego pasażerowie, drąc mordy wniebogłosy, zeskoczyli. Co zwróciło uwagę Pawła i Maxa, to fakt, że nie zachowywali się zbyt ostrożnie, jakby wręcz chcieli, żeby ich zobaczono. Jeden z przyjezdnych podbiegł do wystawy sklepu elektronicznego i strzelbą wybił szybę. Zaraz po tym wbiegł do środka, trzymając broń gotową do strzału. Dołączył do niego drugi; pozostałych trzech zostało na czatach. Po kilkunastu sekundach mężczyźni wyszli ze środka, niosąc nowy, zapakowany jeszcze w pudełko, pięćdziesięciocalowy telewizor. Wsadzili go delikatnie na pakę, po czym wrócili do elektronicznego raju.
– Co oni robią? – wyszeptał Max.
Paweł spojrzał się na niego z politowaniem, nie racząc odpowiedzieć. Chłopak w lot zrozumiał jego milczenie. „Wiem, że kradną, kretynie. Ale tak samo mi się wymsknęło” – pomyślał.
Nagle mężczyzna w koszuli spojrzał wprost na nich. Przynajmniej Maxowi tak się wydawało, bo z cichym jęknięciem błyskawicznie skulił się na podłodze. Paweł pozostał w bezruchu, wiedząc, że gwałtowny ruch łatwo zauważyć, zwłaszcza gdy wszystko wokół jest całkowicie nieruchome.
– Idzie tu, idzie tu, idzie – jak mantrę powtarzał Max.
– Tak – powiedział Paweł, powoli się schylając. Zaczął rozglądać się po sklepie. – Tam, szybko – wskazał ręką na regały z kosmetykami. Mógł co prawda pozostać i walczyć. Raczej nie miałby problemów z pokonaniem jednego przeciwnika, ale pozostałych czterech gości już mogło trochę namieszać. A dobrze im z oczu nie patrzyło.
Ruszyli pochyleni w stronę regałów z szamponami, odżywkami i balsamami do ciała ustawionymi równo niczym gwardziści Armii Czerwonej ćwiczący musztrę. Czmychnęli za ścianę kosmetyków dosłownie w momencie, w którym nowy klient wkroczył do sklepu. Paweł położył palec na ustach, a Max porozumiewawczo skinął głową. Też czuł, że z tymi gośćmi nie do końca wszystko jest w porządku. Żołnierz wychylił głowę znad lawendowych płynów do płukania tkanin i obserwował przybysza.
Mężczyzna stojący w progu sklepu z wyglądu przypominał rzeźnika. W rękach trzymał zakrwawioną, białą belkę, która przypominała nogę stołową. Przy jego pasie tkwił przypięty pistolet. Krew skapująca z maczugi ubrudziła całą nogawkę eleganckich spodni, ale facetowi o bladej twarzy zdawało się to zupełnie nie przeszkadzać. Cała niegdyś biała koszula była teraz przesiąknięta zaschniętą krwią. Głęboko osadzone oczy zdawały się świecić mrocznym blaskiem. Powoli wprawił w ruch zmęczoną głowę, uważnie rozglądając się po sklepie. Nie opuścił narzędzia – trzymał stołową nogę przy piersi, skierowaną wyzywająco ku górze. Paweł, skrupulatnie analizując wszystkie ruchy przeciwnika, stwierdził, że mężczyzna musi być nad wyraz pewny siebie.
Przybysz zrobił krok do przodu, kierując się między półki. „Jak nas znajdzie, to zabije” – pomyślał Max. „Nie po to walczyliśmy tyle czasu, nie po to przeżyliśmy ten cały syf w metrze, żeby dać się teraz zabić jakiemuś pierwszemu lepszemu zjebowi. Nie, co to, to nie!”.
Chłopak buńczucznie podniósł się z kucek, wypychając dumnie pierś do przodu. Jednak nie zdążył wyprężyć się w całej okazałości, gdy usłyszał strzał. Oczami wyobraźni zobaczył kulę, przeszywającą najpierw promocyjne buteleczki z żelem pod prysznic, a potem powoli, acz nieubłaganie, wciskającą się w środek jego czoła.
Ku zaskoczeniu stwierdził, że strzały dobiegały z ulicy, a on sam jeszcze żył. Ułamek sekundy wcześniej facet w białej koszuli odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę furgonetki. Jak się okazało, głośne zachowanie przybyszów zwróciło uwagę znajdujących się w okolicy nieumarłych, którzy teraz bezlitośnie atakowali brązową furgonetkę. Paweł i Max dobiegli do szyby, wychylając nieznacznie głowy. Musieli wiedzieć, co się dzieje.
Zombie było mniej niż dziesięciu. Paru z nich szło nieudolnie, powłócząc nogami po asfalcie, ale reszta biegła jak opętana, wrzeszcząc i wydając z siebie dźwięki, których nie powstydziłby się sam Corey Taylor. Większość z maszkar została brutalnie uświadomiona, kto ma większą siłę rażenia, a tym samym i szanse w tej bitwie. Rozległo się kilkanaście wystrzałów, po których ulica pokryła się strzępami czaszek, krwi oraz miękkiej, różowej tkanki mózgowej. Mężczyźni strzelali wyjątkowo celnie – każdy pocisk był skierowany w głowę, żadna kula nie zbłądziła. Wiedzieli, co robią. Tym bardziej Paweł był rad z decyzji pozostawienia w spokoju gościa, który ich odwiedził w sklepie.
Zadowoleni z siebie użytkownicy brązowej navary wsiedli z powrotem do samochodu i odjechali, głośno się śmiejąc i oddając kilka strzałów w powietrze. „Tego nie przewidziałem” – pomyślał Paweł, odprowadzając auto wzrokiem.
– Max, wygląda na to, że mamy kolejny problem – powiedział do chłopaka, gdy tylko furgonetka zniknęła im z oczu.