Centrum, godzina 08:59.
Jacek spojrzał na zegarek. Pierwsza myśl, jaka pojawiła się w jego spaczonym umyśle, dotyczyła tego, że za minutę powinien rozpocząć pracę. Zarzucił zakrwawioną nogę od stołu na bark i z nieukrywaną satysfakcją przyznał, że te czasy już bezpowrotnie minęły. Oczami wyobraźni wrócił do biura na Mokotowie, gdzie ujrzał swojego szefa z rozprutym brzuchem, wijącego się w konwulsjach po podłodze. Uśmiechnął się sam do siebie. Reszta kolegów i koleżanek albo została pożarta, albo zraniona i zamieniona w zombie. Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że te wyobrażenia przychodziły mu z zadziwiającą łatwością. Nie czuł nic w stosunku do tych ludzi – ani żalu, ani radości z ich śmierci. Spędził z nimi ostatnie parę lat, grzejąc stołek w jednym miejscu, ale teraz, gdy uświadomił sobie, jak bardzo byli mu obojętni, poczuł olbrzymią ulgę. I satysfakcję, że przez tyle czasu pozwalał im myśleć, że mu na nich zależy. O błogosławiona naiwności, mają teraz za swoje.
Doczłapał do centrum miasta. Gdy na Polach Mokotowskich zobaczył determinację wypisaną na twarzy tego silnego żołnierza, zrozumiał, że musi go unikać. Jeden z głosów w jego głowie podpowiadał, że ten człowiek może mu wyrządzić wielką krzywdę, że zabawa, która tak bardzo się podoba Jackowi, nie do końca może się spodobać innym ludziom. Dlatego oddalił się od nich w poszukiwaniu nowej rozrywki.
Jednak to wszystko powoli zaczynało go nużyć. Osiągnął stan, do jakiego dochodzi się gracz, znający już wszystkie tajniki i kody swojej ulubionej gry. Gra z przyzwyczajenia, stając się coraz lepszym i za nic nie chce zrozumieć, że nie pozostało mu już nic do osiągnięcia i że jedynie goni własny ogon. Jedno wiedział na pewno – nie zamierzał wracać do pustego świata napędzanego kapitalizmem i rządzonego zasadą Pareta. Zdecydowanie bardziej wolał wolność jednostki, wolność bycia tym, kim chce się być. Nieważne, że lała się krew. Nieważne, że ludzie byli rozszarpywani na strzępy we własnych domach i że dzieci rzucały się do gardeł własnych rodziców. Dla niego cena była sprawiedliwa i warta zapłaty. Wreszcie wszystko było szczere i prawdziwe. Coś ci się podobało – mogłeś to wziąć. Ktoś cię wkurzył – mogłeś mu roztrzaskać głowę nogą od stołu. Wygrywał silniejszy albo ten bardziej szalony.
Z drugiej strony powoli zaczynał rozumieć, że niewiele czasu mu zostało. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz jadł lub gdzie mieszkał. Nie, tego typu rzeczy straciły na wartości. Racjonalna część jego świadomości została zepchnięta w najgłębsze czeluści jego umysłu i spętana okowami szaleństwa tak silnymi, że już dawno przestała walczyć o oswobodzenie.
Spojrzał na nazwę ulicy – Wspólna. Wzruszył ramionami i dalej kontynuował bezcelową podróż tam, gdzie go nogi poniosą. Błąkał się bez celu w poszukiwaniu atrakcji. Po paru chwilach zagłębił się między wysokie, stare i wysłużone bloki. Było tu przyjemnie chłodno, człowiek mógł odetchnąć od nieludzkiego upału.
I nagle, zupełnie nieoczekiwanie to atrakcja znalazła jego. Jacek usłyszał stukot butów i odwrócił się. Młoda kobieta pędziła w jego stronę, wściekle obnażając kły i rozczapierzając palce, jak kotka szykująca się do ataku. Jedynym dźwiękiem był stukot jej butów o asfalt. Mężczyzna bez słowa uniósł wysłużoną nogę od stołu, poczekał na odpowiedni moment, po czym zamachnął się i zdzielił kobietę prosto w twarz. Trzask pękającego nosa i wybitych zębów był tak głośny, że Jacek mimowolnie się uśmiechnął, zadowolony ze swojego dzieła. Kobieta wyrżnęła na plecy, obryzgując wszystko krwią.
Jacek spojrzał na nią z góry. „Niezła” – pomyślał. Szczupłe nogi, fajne wcięcie w talii. Ładna niebieska bluzeczka, tak figlarnie rozerwana na górze, ukazująca biały stanik, trzymający w ryzach pełne i jędrne piersi. Twarz chyba też miała ładną, choć to trudno było tak do końca ocenić, a to dlatego, że cała była pokryta krwią, miała zerwaną skórę z połowy głowy i brakowało jej kilku zębów. Na szyi zionęła wielka dziura, którą jakiś zbyt natarczywy kochanek zrobił własnym zębami. „Ciekawe, jak smakowała?” – zastanowił się mężczyzna. „Poza tym, że jest brudna, zakrwawiona i martwa, chętnie bym się z nią umówił”.
– To jak? Pójdziesz ze mną na kawę? – zapytał, pochyliwszy się nad ofiarą. Położył jej nogę na szyi, przytrzymując ją na ziemi. Kobieta wiła się, starając się uwolnić z uścisku.
– No nie bądź taka niedostępna, przecież grzecznie pytam – ciągnął dalej Jacek. Nagle kobieta złapała go obiema rękami za nogę, uniosła głowę i zatopiła zęby w jego łydce. Ból był nie do opisania, przenikał całe jego chore ciało i gwałcił umysł, a jakaś część jego świadomości tańczyła i śmiała się, potępieńczo, machając rękami nad głową. Mężczyzna uniósł maczugę do uderzenia, gdy nagle w jego plecy grzmotnęło coś bardzo dużego i bardzo szybkiego.
Tym razem to Jacek wyrżnął twarzą w asfalt, gdyż unieruchomione ręce nie mogły zamortyzować upadku. Poczuł w ustach smak krwi. Zombie, który na niego skoczył, nie był wcale ani wielki, ani ciężki. To zwykły dzieciak, chłopak w wieku gimnazjalnym. Niespecjalnie wyrośnięty, ale z jakimś dziwnym zacięciem w oczach. Jacek mozolnie się podniósł, stanął na nogi i od razu zaczął kuleć – wyrwa w łydce zdecydowanie przeszkadzała w chodzeniu, poza tym był nieco zamroczony od uderzenia.
– No chodź! – krzyknął, czując, jak przez jego ciało przechodzi dreszcz podniecenia. Miał nieodparte wrażenie, że tym razem będzie naprawdę zabawnie.
Zombie-chłopak ponownie rzucił się w jego kierunku. Jacek, tak jak wcześniej, uniósł maczugę do uderzenia, ale przeciwnik był zaskakująco szybki – chłopak uderzył w Jacka, zanim ten opuścił do połowy maczugę. Mężczyzna zaczął robić desperackie kroki do tyłu, gdy nagle trafił na coś miękkiego. Potknął się o leżącą na ziemi kobietę i wylądował na plecach. Chłopak leżał na nim i szarpiąc się, kłapał zębami, żeby tylko wbić je w twarz mężczyzny. Ten trzymał go na dystans za pomocą dzierżonej oburącz nogi od stołu, jednak szybko zrozumiał, że nie będzie mógł uwolnić ręki, żeby odpędzić się od kobiety.
Nagle zaczął się śmiać.
– Zobaczcie, jak pięknie. Ojciec, matka i syn – wydyszał. – Jesteśmy jak jedna, kochająca się rodzinka! – krzyknął do zombie, cały czas się śmiejąc.
– Nie uważacie?
Lecz oni mu nie odpowiedzieli. Chłopak cały czas wierzgał i nacierał, a Jacek starał się kopniakami odepchnąć leżącą obok niego kobietę, lecz z każdą chwilą tracił coraz więcej siły.
– Pierdolcie się! – krzyknął w nagłym przypływie siły i złości. Bardzo chciał wstać, a oni bardzo nie chcieli, żeby to uczynił. Ewidentny konflikt interesów.
Jednym silnym ruchem odepchnął i zrzucił z siebie chłopaka, po czym błyskawicznie zdzielił kobietę maczugą w głowę. Odbiła się od niej i uderzyła skronią w asfalt, lecz w jej oczach dalej było widać resztki życia. „Czyli jednak istnieje życie po śmierci” – stwierdził Jacek. Jak miło, to stwarza zupełnie nowe perspektywy. Uderzył ją drugi raz, trzeci. Kobieta na parę sekund zwiotczała, ale po chwili ocknęła się i wyciągając przed siebie ręce, sięgała w stronę oprawcy. Mężczyzna zupełnie zapomniał o chłopaku, który ponownie rzucił się na niego, korzystając z tego, że ten w dalszym ciągu leżał na ziemi.
Tym razem Jacek miał mniej szczęścia niż dotychczas. Chłopak wgryzł się w jego ramię, wyrywając olbrzymi kawał skóry i mięśni. Mężczyzna wrzasnął piskliwie jak wystraszona dziewczynka i przetoczył się na bok, z zombie cały czas przyczepionym do siebie. Zmienili się teraz miejscami i to Jacek był na górze.
– Debilu jeden! – krzyknął Jacek, starając się zepchnąć chłopaka. – Puść mnie!
W tym momencie kobieta powstała z zimnego betonu, podeszła do Jacka i wgryzła mu się w szyję.
Jacek poczuł, jak ciepła krew spływa po jego klatce piersiowej. Przestał walczyć, stwierdził, że już mu się nie chce. Kobieta wyrwała mu jakieś ścięgno, a ból promieniował od karku aż po sam czubek lewej dłoni, którą właśnie zaczynał gryźć chłopak. Po paru przeciągających się sekundach, mężczyzna przestał cokolwiek czuć, oprócz metalowej maczugi, którą cały czas trzymał w prawym ręku. Stara dobra przyjaciółka, której tak wiele zawdzięczał. Jacek patrzył obojętnie w niebo i nagle na dachu budynku zobaczył Szalonego Kapelusznika. Jego twarz wyrażała niesmak i rozczarowanie. Przyglądał się chwilę konającemu mężczyźnie, kręcąc powoli głową. Następnie zdjął kapelusz i rzucił go w przepaść między kamienicami. Ten leciał powoli, hamowany jedynie przez ciepłe powietrze tego pięknego, lipcowego przedpołudnia. Pomimo tego, że nie było wiatru, kapelusz zataczał leniwe kręgi, szybując w stronę głowy Jacka, który wyczekiwał go z nieukrywaną tęsknotą. Mężczyzna poczuł, jak z jego dłoni powoli wysuwa się noga od stołu. Po paru chwilach kapelusz opadł na jego twarz i wszystko skryła nieprzenikniona ciemność.