Powiedziałby nawet, że przeciwnie – Gusiew żąda od ludzi zbyt wiele.
„Ciekawe – mignęło w głowie Waluszkowi – czy sam Gusiew dawno stał się takim niezwykłym człowiekiem? I dlaczego, w jaki sposób?”
Na to pytanie zresztą już wkrótce spodziewał się znaleźć odpowiedź.
Nieopodal Domu Książki zwijały się właśnie wozy Awaryjnego Moskiewskiego Pogotowia Wodno-Kanalizacyjnego. Zmęczeni ludzie w kaskach ciągnęli jakieś węże i z trzaskiem zamykali włazy do kanałów. Wokół zebrało się już całe stado mruczących miarowo „wycieraczek”. Jeden z agregatów niemal przejechał Waluszka, który akurat się zagapił.
– Ej ty, Schumacher, uważaj! – warknął odskakując na bok.
– Zamknij ryło – poradzono mu ponurym głosem. – Dla ciebie się staramy, nierobie jeden!
– Posłuchaj, a czemu oni wszyscy tacy wkurzeni? – zapytał Waluszek Gusiewa niespokojnie oglądając się na brygadę śmieciarzy, którzy zaciekle polerowali bruk.
– Reakcja jak najbardziej naturalna. My brudzimy, oni sprzątają. Za co mieliby nas lubić?
Obok budki sprzedawcy hotdogów, posilała się cała kompania – trzej brakarze z grupy Myszkina i wielkie rude psisko.
– Kompleks winy? – zapytał Gusiew starszego grupy, wskazując psa.
– A idźże ty… – odciął się przewodnik. – Przylazł, usiadł, poprosił – tośmy go poczęstowali. Jeszcze by tego brakowało, żebym się przed psami usprawiedliwiał. Prościej się zarżnąć. Dziś go ugoszczę, jutro zastrzelę – według ciebie to kompleks winy? Chociaż… Wiesz, nas już od miesiąca na psy nie posyłają. A ja zresztą ich nie cierpię… Posłuchaj, Gusiew, idź do diabła albo jeszcze dalej! Mam już dość tych twoich złośliwości!
Przewodnik rzucił psu niedojedzonego hotdoga i nie bez zazdrości patrzył, jak psisko zajada, aż mu się uszy trzęsą.
– A ja już tak nie mogę – poskarżył się. – Apetyt straciłem do cna. Żuję, bo tak trzeba. Piję, jak mi naleją. Pierdolę wyłącznie z przyzwyczajenia. Gusiew, ty mądry jesteś, powiedz – kiedy to się wszystko skończy?
– Zastrzel się – poradził Gusiew.
Przewodnik parsknął pogardliwie.
– Sto razy próbowałem. Odwodzę kurek, gapię się w lufę i rozumiem – nic mnie nie wstrzymuje. Mogę nacisnąć, rozumiesz? Nic bardziej prostszego. I taki smętek mnie ogarnia… A potem sobie przypominam: jutro rano do roboty. Może zdarzy się coś ciekawego. I tak sobie żyję dalej.
– A spróbuj z iglaka w nogę. Połeżysz z godzinkę pod narkozą – życie miodem ci się wyda.
– No nie! – wybałuszył oczy przewodnik drużyny.
Stojący za Gusiewem Waluszek wyraziście siąknął nosem.
– Dobrze mówię – od razu obudzi się w tobie ciekawość życia.
– Ty stuknięty jesteś – pokręcił głową przewodnik. – Ej, orły! Najedliście się? No to dalej, w trasę!
– Możesz jeszcze do tych śmieciarzy postrzelać – nie ustępował Gusiew. – Od serca i bez powodu. Sam popatrz, ilu ich się tu zlazło? Weź coś dużego, szybkostrzelnego – i dalej, seriami… Gwarantuję, że od razu nastrój ci się poprawi.
Przewodnik ziewnął, kiwnął na swoich podkomendnych i odszedł nie komentując dobrej rady. Jeden z prowadzonych pokazał Gusiewowi odstawiony ku górze kciuk. Najwyraźniej podwładni też mieli już dość narzekań przewodnika.
– Wielu takich jest w Agencji? – zapytał Waluszek, kiwając głową w stronę oddalającej się trójki.
– Cała fura – wymamrotał niewyraźnie Gusiew, zaciekle pracując szczękami nad hotdogiem. – Ale ten jest najwyraźniej kandydatem do wybrakowania.
– Znaczy?
– Rotacja kadr. Samooczyszczanie. Wybierasz się kiedyś na robotę, a do twoich drzwi stukają twoi podkomendni. I mówią: „Wybacz, stary. Masz prawo do stawiania oporu. Masz prawo do zachowania w tajemnicy swojego nazwiska. Masz prawo do nieodpowiadania na pytania…” I tak dalej.
Waluszek pokręcił głową i rzucił psu resztkę chleba. Gusiew swoją porcję zjadł do końca.
– A z tobą tak było? – zapytał Waluszek.
– Nie, po mnie jeszcze nie przychodzili.
– No, to widać – stwierdził Waluszek. – Nie, ja pytam…
– Co widać? – zapytał z nieoczekiwanym gniewem Gusiew.
– No, wszystko… wybacz.
– Loszka – Gusiew nagle zmienił ton. – Dziś po raz pierwszy wyszedłeś do roboty. Pocierp troszeczkę, choćby z miesiąc. Zapewniam cię – wszystko zrozumiesz. Wybrakówka ma swoje uboczne efekty, których nijak nie da się opisać słowami; trzeba je poczuć.
– Wybacz – powtórzył Waluszek. – Mam pó prostu zbyt wiele pytań. Na kursie przygotowawczym nie wiadomo dlaczego nie mówiono nam nic o stosunkach wewnątrz Agencji. Rzeczywiście – dlaczego?
– No popatrz, jeszcze jedno pytanie. Nie wiem, Loszka. Nie mam pojęcia, jak teraz idą werbunek i szkolenie. A przy okazji, ilu was było?
– Ze dwustu ludzi.
– Ilu? – nie uwierzył Gusiew.
– Na moim kursie dwustu ludzi.
– Na kursie, powiadasz… no, no…
– No tak, były trzy równoległe kursy. Co, za dużo?
Gusiew mocno chwycił partnera za klapę kurtki.
– Nikomu. Nigdy. Tutaj. O Tym. Nie mów. Więcej – rzekł, robiąc przerwy pomiędzy słowami. – Zrozumiałeś?!
– Aha. A dlaczego?
– Żyć chcesz? Długo i szczęśliwie? – zapytał Gusiew. – Chociaż nie, szczęśliwie już się nie uda. Ale choćby długo?
– Nic nie rozumiem – odparł Waluszek powoli.
– I bardzo dobrze. Nikomu w Wydziale Centralnym, nie mów, ilu was było. A przy okazji – gdzie podziała się reszta?
– Diabli wiedzą. Mnie po promocji skierowali prosto tutaj i…
– Dobra, poczekamy z wyjaśnieniami – Gusiew puścił prowadzonego i wyjął papierosy. – Niedługo wszystko się wyjaśni. Akurat w ciągu miesiączka. A ty tymczasem dorośniesz i będę gotów już co nieco wyjaśnić. Umowa stoi?
– Zgoda. – Waluszek też zapalił. – Można jeszcze jedno pytanie? Nie denerwuj się, na inny temat.
W tej chwili Gusiewowi pod kurtką zapiszczał transiver. Zatrzymał pytanie Waluszka gestem dłoni, wyjął niewielki, czarny aparacik i nacisnął guzik odbioru. Trzymał transiver przy samym uchu, jak przenośny telefon.
– Gusiew, odbiór – rzucił do mikrofonu.
– Operacyjny. Gdzie teraz jesteście?
– Pod Domem Książki, róg przy centrum.
– Proszę czekać.
Gusiew skrzywił się z urazą.
– Zaraz nam coś dadzą – oznajmił szeptem Waluszkowi.
Operacyjny nie dał na siebie długo czekać.
– Wezwanie na Powarską…
– Dojdziemy pieszo…
– Wszystko rozumiem. Będziecie na miejscu za pięć minut. Furgonetka już wyjechała. Przygotujcie się na możliwe przeciwdziałanie służby ochrony…
– Ta-aaak, to ten wielki biurowiec?
– Nie, drugi…
Gusiew wrzucił niedopitą plastykową butelkę z wodą do kosza i machnąwszy ręką na Waluszka, natychmiast ruszył we wskazanym kierunku. Szybkim krokiem wszedł między budynki. Idąc słuchał jeszcze wskazówek udzielanych mu przez operacyjnego, a jego twarz stopniowo przybierała coraz bardziej znudzony i zniechęcony wyraz.
– To wszystko, zrozumiałem, czekajcie na meldunek – powiedział wreszcie, po czym schował transiver i wyjął kolejnego papierosa.
– Trudny przypadek? – zapytał Waluszek zawczasu się prostując oraz prężąc i bez tego szerokie bary.
– A skąd… – Gusiew zapalił i przyspieszył kroku. – Nieskomplikowany, ale nieprzyjemny. Idziemy zdjąć prezesa niezależnego funduszu emerytalnego. Miał już dwa uprzedzenia o molestowanie seksualne. A teraz rozbił gębę sekretarce przy próbie gwałtu. Maniak jakiś, czy co? No nic, w kamieniołomach będzie miał gdzie popisywać się krzepą.
– Ale…
– Nie przerywaj. Wyjaśnię teraz, co w tym nieprzyjemnego i niebezpiecznego dla nas. Klienta mamy wziąć z miejsca pracy, szybko i po cichu. Dokumenty nie są jeszcze przygotowane, milicyjnej osłony nie mamy, bo na razie dostaliśmy tylko ustne zgłoszenie poszkodowanej. Jest teraz w biurze i on jej zagroził, że jak choć piśnie, to ją w ogóle wykończy. Dziewczyna jest przestraszona i ja ją rozumiem. A najważniejsze, że ten typ nie panuje nad sobą i lada moment może mu naprawdę odbić. Nasze zadanie polega na tym, żeby wejść do biura, zorientować się w sytuacji i działać w zależności od tego, co tam zastaniemy. Nieźle, jak na pierwszy dzień, prawda, agencie specjalny Waluszek?