– Ja też się cieszę – syknęła Liz, siadając na miejscu pilota.
Nachylona nad pulpitem sterowniczym zauważyła kątem oka rozsuwającą się kopułę komory startowej.
– Teraz dam wam popalić, ludkowie – ironiczny grymas złamał klarowną linię warg. – Zatańczycie według mojego scenariusza – wyobraziła sobie miny kreatora i obel-borta, gdy dotrze do nich jej ultimatum. – Żałuję, że nie będę mogła obejrzeć tego z bliska.
Przez moment w błyszczącym prostokącie bocznego lidaru zobaczyła własne odbicie, którego jednak nie poznała. Długie, kasztanowe włosy, delikatnie rzeźbione rysy… Szarpnęła się do tyłu.
– Przywidzenia – pomyślała ze złością. – Mam już tego dosyć – z całej siły kopnęła pedał wyzwalacza.
Ponowne spojrzenie w bok przywróciło jej spokój. Powierzchnię lidaru pokrywały teraz wiązki różnobarwnych, drgających linii. Kolapter odrywał się od gniazda. Ścisnęła dłonie na sterach i skupiając całą uwagę na wskazaniach przyrządów, poprowadziła go wprost w rozgwieżdżoną przestrzeń.