Nie padły już żadne inne słowa. Dwaj mężczyźni stali bez ruchu naprzeciwko siebie. Poruszał się tylko język Brucolaca, kosztując powietrze.
A potem Brucolac znikł.
Bellis mrugnęła i spojrzała na przemieszczone powietrze wokół siebie, gdzie wirowanie i leniwy przepływ drobin kurzu znaczyły szlak nagłego przemknięcia Brucolaca. Chwyciła się za głowę. „Co on ze zrobił?” – pomyślała. „Na czym to polega? Hipnoza? Bogowie kochani, jest szybszy od Doula…”
Kiedy jej tętno spowolniło, a oddech prawie wrócił do normy, ociężale zdała sobie sprawę, że Uther Doul patrzy na nią.
– Niech pani idzie ze mną – powiedział bezbarwnym tonem, jakby nic się nie stało, jakby nie była świadkiem żadnych niecodziennych zdarzeń. – Musi pani pomóc Krüachowi Aumowi.
Wychodząc z sali i usiłując się nie potknąć, co przy jej rozdygotaniu nie było łatwe, Bellis myślała o słowach Brucolaca.
„Dokąd płyniemy?” – zastanawiała się, podążając za Utherem Doulem. „Jaki jest plan?”
Rozdział dwudziesty ósmy
Po długich wahaniach sztorm przystąpił do natarcia.
Skręcone w ciasną spiralę masy powietrza rozwinęły się. Noc była gorąca. Wiatr uderzył w Armadę. Olinowanie i omasztowanie napinało się i tłukło w boki statków i budynków. Na świecie grzmiało i błyskało.
Była to pierwsza poważna burza, z którą miasto musiało się zmierzyć od dłuższego czasu, ale mieszkańcy zareagowali z wyćwiczoną fachowością. Statki powietrzne szybko ściągnięto na dół, aby przeczekały niepogodę w hangarach i pod brezentami. „Trójząb” – zacumowany do „Wielkiego Wschodniego” i za duży, żeby go przykryć – chwiał się i kołysał w podmuchach powietrza, a jego ogromny cień przetaczał się po statkach i domach.
Na terenie całego miasta pomosty i liny odpinano z jednego końca, aby morze ich nie rozerwało nagłym szarpnięciem. Podczas sztormu poruszanie się po Armadzie było niemożliwe.
Wtłoczone w kanały między statkami wody Armady burzyły się i miotały gwałtownie, choć nie były w stanie utworzyć fal. Tego rodzaju ograniczeniom nie podlegało morze, które łomotało o zewnętrzne statki. Łodzie, które składały się na wejścia do portów Basilio i Jeżowca, ściągnięto razem, aby zamknęły i osłoniły stojące w nich statki pirackie i kupieckie, armadyjskie i obce. Flota statków bojowych, holowniczych i pirackich, która w chwili erupcji sztormu była na morzu odsunęła się dalej, żeby burza nie rzuciła nimi o ściany macierzystego portu.
Tylko ci, którzy patrolowali miasto od dołu – batyskafy, ludzie-ryby, morskie wyrmeny i delfin Bastard John – zbytnio się nie przejmowali. Przeczekiwali sztorm pod powierzchnią.
Wyjrzawszy przez okno na korytarzu „Wielkiego Wschodniego” Uther Doul spojrzał na Bellis.
– Czeka nas gorszy niż ten – powiedział.
W pierwszej chwili Bellis nie miała pojęcia, o czym on mówi. Potem przypomniała sobie historię z książki Krüacha Auma: przywabienie awanka, wykorzystujące energię cząstek elementarnych błyskawicy.
„Wywołamy piekielną burzę, co?” – pomyślała.
Zgodnie z poleceniem Bellis uczyła Auma podstaw salt. Zadanie to wzbudziło w niej niepokój. Miała świadomość, że jest to pogwałcenie podstawowych zasad izolowania anopheliusów, narzuconych przez Kohnid i Dreer Samher. Chociaż izolacji tej przyświecały również merkantylne i hegemonistyczne cele, była to obrona konieczna przed tym jednym z najbardziej niebezpiecznych krajów w dziejach Bas-Lag. Bellis stale powtarzała sobie, że Aum jest samcem, i do tego starym, nie stanowiącym dla nikogo najmniejszego zagrożenia.
Aum przystąpił do nauki z rygorem i logiką matematyka. Bellis przekonała się z zatroskaniem, że podczas krótkiej wizyty Armadyjczyków przyswoił sobie zaskakująco pokaźny zasób słownictwa. Aż zaczęła się zastanawiać, czy przypadkiem nie skazili wyspy językiem. Dla Crobuzończyków czy też dla mieszkańców Jhesshul, Wysp Mandragory, Shankell bądź Perrickish salt był językiem łatwym do nauczenia się, ale dla Krüacha Auma – obcym w każdym swoim elemencie. Jego słownictwo i gramatyka nie znajdowały żadnych odpowiedników w wysokim kettai. Aum podszedł do sprawy analitycznie, sporządzając długie listy deklinacji, koniugacji i regułek gramatycznych. Jego metoda zasadniczo odbiegała od metody Bellis, opartej na intuicji i transie językowym, podnoszącym chłonność umysłu. Mimo to Aum robił szybkie postępy.
Bellis nie mogła się doczekać końca zlecenia. Nie miała najmniejszej ochoty godzinami siedzieć i pisać notatek w naukowym żargonie, którego nie rozumiała. Zwolniono ją z obowiązków bibliotecznych.
Przedpołudnia spędzała na udzielaniu lekcji Aumowi, a popołudnia na zajęciu tłumaczki podczas spotkań Auma z tutejszą komisją naukową.
W ciągu dnia jadła z Aumem posiłek, a wieczorami od czasu do czasu spacerowała z nim po mieście, w obstawie gwardzisty z Niszczukowód. „Cóż innego mogę robić?” – myślała. Prowadziła go do Crooma czy na kolorowe arterie i ulice handlowe Niszczukowód, Czasów i Bud. Któregoś razu zabrała go do Biblioteki Wielkiego Mechanizmu.
Podczas gdy ona rozmawiała ściszonym głosem z Carrianne, która wyglądała na szczerze ucieszoną z jej widoku, Krüach Aum wędrował między półkami. Kiedy podeszła do niego, aby mu oznajmić, że czas już iść, odwrócił się do niej gwałtownie. Była poważnie zaniepokojona jego wyrazem twarzy – nabożność, radość i cierpienie jak u osoby pogrążonej w religijnej ekstazie. Pokazała mu książki w wysokim kettai, a on zatoczył się jak pijany na widok takiego ogromu dostępnej dla niego wiedzy.
W tle jej psychiki nieustannie tlił się niepokój związany z faktem, że spędzała dni w obecności władz Niszczukowód: Kochanków, Tintinnabuluma i jego podwładnych, Uthera Doula.
„Jak do tego doszło?” – myślała. Bellis już na samym początku odgrodziła się od miasta murem i dbała o to, żeby rana krwawiła i nie zasklepiła się. Czerpała z niej swoje samookreślenie. „To nie jest moja ojczyzna” – powtarzała sobie w kółko. A kiedy nadarzyła się okazja do nawiązania kontaktu z jej rodzinnym krajem, Bellis podjęła to ryzyko. Nie zgasiła w sobie poczucia więzi z Nowym Crobuzon. Dowiedziała się o straszliwym zagrożeniu dla swego miasta i wymyśliła, szalenie ryzykowny oraz wymagający starannego planowania sposób na jego uratowanie. Paradoksalnie jednak, wyciągając przez morze rękę do Nowego Crobuzon, mocniej związała się z Armadą i jej władzami. „Jak do tego doszło?” Zaśmiała się, ale bez cienia radości. Zrobiła to, co mogła zrobić najlepszego dla swojej prawdziwej ojczyzny i w rezultacie całymi dniami pracowała dla naczelników swojego więzienia, pomagając im w zdobyciu źródła mocy, która pozwoliłaby im bez ograniczeń buszować po całym świecie. „Jak do tego doszło? I gdzie jest Silas?”
Nie było dnia, żeby Tanner nie myślał o tym, co zrobił na wyspie anopheliusów.
Sprawa ta uwierała go. Nie był pewien swoich odczuć w tej kwestii. Obmacywał to wspomnienie jak ranę i dotarł do pokładów dumy. „Uratowałem Nowe Crobuzon” – myślał, chociaż nie do końca w wierzył.
Rozmyślał o garstce ludzi, których tam zostawił. Koledzy od kieliszka, znajomi i przyjaciółki: „Zara, Pietr, Fezhenechowie i Ann.” Myślał o nich z rodzajem abstrakcyjnej czułości, jakby byli postaciami z książki, do których się przywiązał. Czy oni o mnie myślą? Tęsknią za mną?”
Relegował ich do przeszłości. Miesiącami tkwił w tym cuchnącym wiezieniu na wodach Zatoki Żelaznej i w obskurnych ładowniach „Terpsychorii”, a potem w jego życiu nastąpiła tak niespodziewana i niezwykła odnowa, że Nowe Crobuzon przygasło w nim jako wspomnienie.
Mimo to nadal biło w nim źródełko uczucia do tego miasta. Miał świadomość, że Nowe Crobuzon ukształtowało go. Nie chciał, żeby uległo zniszczeniu. Nie mógł znieść myśli o tym, że jego crobuzońscy znajomi mogliby zostać wymordowani. Ofiarował im zatem pożegnalny prezent, o którym nie mieli się nigdy dowiedzieć. Myśl ta przyprawiała go o zawrót głowy. Nowe Crobuzon zostało uratowane. On je uratował.