Coraz trudniej było odegnać od siebie koszmarny obraz: pozbawiona napędu Armada dryfuje po jałowych wodach Ukrytego Oceanu. Albo stoi na niewyobrażalnie ciężkiej kotwicy ze znieruchomiałego awanka.
Prędkość, z jaką poruszało się miasto, nadal spadała.
Znacznie później Bellis uświadomiła sobie, że dzień, w którym dolegliwość awanka stała się szokująco oczywista, dzień, w którym tak wiele osób zmarło, to według kalendarza crobuzońskiego był pierwszy meluara – rybnik. Z jej ust dobył się gorzki śmiech, a raczej coś bardziej zbliżonego do kaszlu.
Morskie nieczystości pojawiły się w późnych godzinach rannych.
Ci, którzy je zobaczyli, początkowo wzięli je za kolejne skupiska niby-czujących wodorostów, ale szybko zmienili zdanie. Obiekty te były lżejsze i unosiły się niżej – rozległe barwne plamy, rozmazujące się na brzegach.
Skazy te wykwitły na trasie miasta wiele kilometrów dalej. Wiadomość o tym zjawisku rozniosła się po mieście i ludzie ściągnęli tłumnie do Ogrodu Rzeźb, na dziobie Armady, żeby popatrzeć.
Z czasem zobaczyli masę lepkiej cieczy, gęstej jak muł. Kiedy do plamy docierały fale, zmniejszały się do postaci koślawych zmarszczek, które pełzały po powierzchni plamy i były przez nią pochłaniane.
Barwą substancja ta przypominała bladą, białożółtą dżdżownicę.
Bellis przełknęła ślinę i ze strachu dostała mdłości, lecz kiedy wiatr zmienił kierunek, zrozumiała, że zemdlił ją nie strach, tylko fetor.
Zalały ich kłęby smrodu. Obywatele Armady bledli i rzygali. Bellis i Carrianne miały miękkie nogi i były białe jak płótno, ale nie przyłączyły się do zgodnego chóru charkotów. Rozkolebana breja cuchnęła najgorszą, najbardziej ohydną zgnilizną, jak zepsute w zamknięciu mięso.
– Niech Jabber ma nas w swojej opiece! – wysapała Bellis.
Nad jej głową krążyły padlinożerne ptaki Armady. Niby żywa chmura poszybowały ku obmierzłej masie, lecz nagle odskoczyły, jakby poziom zepsucia nawet dla nich był nie do zniesienia.
Miasto dotarło na obrzeża śmierdzącej substancji. Z przodu ciągnęły się jej wielkie połacie, rozkołysana ropna masa.
Większość ludzi przybyłych do Ogrodu Rzeźb uciekła do domów, żeby zapalić kadzidełka. Bellis i Carrianne zostały, obserwowały Johannesa i jego kolegów, którzy stanęli przy relingu – zasłoniwszy twarze chusteczkami nasączonymi perfumami – i spuścili na dół wiadro na linie. Po wciągnięciu go z powrotem na pokład przystąpili do oględzin.
Po chwili szarpnęło nimi gwałtownie do tyłu.
Kiedy Johannes zobaczył Bellis i Carrianne, pognał ku nim, zrywając po drodze maskę z twarzy. Był blady i drżący, a na jego skórze kroplił się pot.
– To jest ropna wydzielina – powiedział, wskazując rozdygotanym palcem ku morzu. – Plama ropy.
Rozdział czterdziesty trzeci
Awank jest chory.
Usiłuje być posłuszny rozkazom silnika na skalne mleko i nadal płynąć bezmyślnie przed siebie. Co właściwie mu dolega? Krwawi jest ranny? Ma gorączkę? Obca rzeczywistość dokoła głęboko otarła mu skórę? Jest za bardzo niemy, za bardzo głupi albo za bardzo posłuszny, żeby odczuwać bądź okazywać po sobie ból, a rany się nie goją, tylko chlustają ropą, która wypływa na wierzch i zwiększa objętość w miarę spadku ciśnienia. Porywa ze sobą do góry ryby i rośliny, toteż ze śluzowym chlupnięciem wyskakuje na powierzchnię hałaśliwy koagulat infekcji i stłamszonego morskiego życia.
Trzy do czterech tysięcy kilometrów w głąb Ukrytego Oceanu awank zachorował.
Kilka kilometrów od odrażających płacht ropy awank stanął w miejscu.
Zwiększono natężenie sygnałów silnika na skalne mleko, ale nie było reakcji. Awank znieruchomiał.
Zawisł wiele kilometrów pod wodą, nie mogąc albo nie chcąc się poruszyć.
Kiedy opiekunowie awanka i lekarze zrobili już wszystko, na co pozwalała im ich wiedza, lecz nic to nie pomogło, kiedy wypróbowano wszystkie dostępne długości fal celem pobudzenia zwierzęcia, a reakcja była zerowa, pozostało już tylko jedno rozwiązanie. Miasto nie mogło w nieskończoność stać w miejscu i obrastać pleśnią.
Awank był chory i żaden z uczonych nie znał przyczyny. Należało zbadać zwierzę fizykalnie, z bliska.
***
Batysfera kołysała się jak wahadło zegara pod dźwigiem „Nosidła”, statku fabrycznego stojącego przy dziobie „Wielkiego Wschodniego”. Z kulistej powierzchni okrętu podwodnego sterczały bezładnie rurki i nity, wypustki z hartowanego żelaza. Silnik miał z tyłu wybrzuszenie kojarzące się z turniurą. Cztery iluminatory i chymiczna latarnia były przeszklone materiałem grubym na piętnaście centymetrów.
Inżynierowie i ekipy remontowe pospiesznie sprawdzali stan techniczny batysfery i przygotowywali ją do zanurzenia.
Załoga „Meduzy” wkładała skafandry na pokładzie „Nosidła”, zaglądając do książek i traktatów, które mieli ze sobą. Pilotka-strupodziejka imieniem Chion, z twarzą pokrytą śladami po rytualnych nacięciach; Krüach Aum – Bellis pokręciła głową na widok swego niegdysiejszego ucznia, którego aparat gębowy był rozwarty z emocji; i na samym przedzie, po trochu przejęty, dumny i wystraszony, Johannes Tearfly.
Nie miał wyboru, musiał wziąć udział w tej ekspedycji – poza Krüachem Aumem nikt tak dobrze jak on nie znał się na awanku, a zwierzęciu należało zapewnić możliwie najbardziej fachową opiekę. Bellis wiedziała, że Johannes by popłynął, nawet gdyby Kochankowie go nie zmusili.
– Schodzimy do awanka – wyjaśnił wcześniej Bellis, patrząc na nią z identycznym jak teraz wyrazem twarzy. – Rzucimy na niego okiem. Musimy go wyleczyć – stwierdził nie mniej uradowany niż przerażony.
Jako naukowiec był zafascynowany. Bellis dostrzegła też strach, ale wolny od złych przeczuć. Przypomniała sobie, jak kiedyś opowiadał jej o bliźnie po ataku sarduli. Jego bezmierna tchórzliwość ograniczała się do stosunków międzyludzkich. Bellis nigdy nie widziała, żeby uchylał się przed niebezpieczeństwami, jakie pociągały za sobą jego badania. Także teraz bez wahania podjął się tej niebezpiecznej misji.
– Do zobaczenia za parę godzin – powiedziała do niego Bellis. Johannes był taki podniecony, że wyważony, neutralny ton, który zadawał kłam znaczeniu jej słów i podkreślał grozę sytuacji, umknął jego uwagi. Johannes skinął naiwnie głową, nieporadnym gestem ścisnął Bellis za ramię i poszedł.
***
Przygotowania trwały długo. Liczba osób, które przyszły popatrzeć i wyprawić ekspedycję w drogę, nie była duża. Nie dlatego, żeby ludzi to nie obchodziło – ściśnięte powietrze nad miastem odebrało im energię, wyssało ich do cna.
Johannes pomachał garstce gapiów i wszedł do kabiny „Meduzy”.
Bellis patrzyła, jak przykręcają klapę włazu. Patrzyła, jak batyskaf jest przeciągany nad wodą i chybocze w sposób przyprawiający o chorobę morską. Przypomniała sobie, że tak samo to wyglądało, kiedy schodziła pod powierzchnię na Salkrikaltorze. Ogromne koło na „Nosidle” zaczęło się obracać, wypuszczając dziesiątki metrów żelaznego kabla w otulinie gumowej.
Batyskaf cicho plusnął o wody Ukrytego Oceanu i jednostajnym ruchem schodził coraz głębiej. Dotarcie do awanka miało zająć co najmniej trzy godziny. Bellis obserwowała niknące zmarszczki na wodzie, aż do chwili, gdy poczuła, że ktoś za nią stanął. Odwróciła się i zobaczyła Uthera Doula.
Zacisnęła usta i czekała. Przez kilka chwil w milczeniu badał ją wzrokiem.
– Martwi się pani o przyjaciela – orzekł. – „Wielki Wschodni” jest zamknięty na czas tej ekspedycji, ale jeśli pani chce, może pani tam zaczekać na jego powrót.
Zabrał ją do małego pomieszczenia blisko rufy. Przez iluminator widać było „Nosidło” z wciąż kręcącym się kołem windy. Doul wyszedł bez słowa i zamknął za sobą drzwi, ale pokój, do którego ją przyprowadził, był bardziej komfortowo urządzony niż jej mieszkanie, a po pięciu minutach jeden z niszczukowodzkich pokojowych przyniósł jej herbatę.