Литмир - Электронная Библиотека
Содержание  
A
A

Nauczył się zamykać tylko wewnętrzne powieki – niesamowite doznanie. Nauczył się patrzeć w wodzie nieograniczany przez niewygodny hełm, bez żadnego żelaza, mosiądzu i szkła. Patrzył swobodnie, a nie przez iluminator, wykorzystując teraz całe pole widzenia oczu.

Najwolniej i z największym strachem, sam – kto miałby mu w tym pomóc? – Tanner nauczył się oddychać.

Po pierwszym wtargnięciu wody do ust tchawica zamknęła się odruchowo, język poszedł do tyłu, gardło zacisnęło się i zatarasowało drogę do żołądka i morska woda popłynęła nowymi kanałami, udrażniając sobie przepływ. Wkrótce przestał czuć smak soli. Strużki wody przechodziły przez niego, przez skrzela. „Dalijabber, psiakrew” – pomyślał zdumiony, że nie odczuwa potrzeby oddychania. Z przyzwyczajenia napełnił płuca przed zejściem pod wodę, ale za bardzo zwiększyło to siłę wyporu. Powoli, ze swego rodzaju perwersyjną paniką, wypuścił powietrze nosem i pożegnał się z nim bez żalu. Nic, zero zawrotów głowy, zero bólu, zero strachu. Tlen nadal docierał do krwi, którą bez ustanku pompowało jego serce.

W górze ziemiste ciała współobywateli Tannera miotały się po powierzchni wody, uwiązane do powietrza, którym oddychali. Tanner wirował pod nimi, trochę nieporadnie, bo nadal się uczył, opadał korkociągiem, patrzył w górę i w dół – wzwyż ku światłu, pływakom i potężnemu, rozłożystemu cielsku miasta, w dół ku bezkresnym granatowym ciemnościom.

Rozdział trzynasty

Silas i Bellis spędzili razem dwie noce.

W ciągu dnia Bellis wstawiała książki na półki, pomagała Szeklowi w czytaniu i opowiadała mu o parku Crooma, a czasem szła coś zjeść z Carrianne. Potem wracała do Silasa, trochę rozmawiali, ale on tylko w niewielkim stopniu rozpraszał mrok jej ignorancji w kwestii tego, na czym jej kochankowi schodzą dni. Miała wrażenie, że w jego głowie kłębi się od tajnych pomysłów. Seks uprawiali po kilka razy.

Po drugiej nocy Silas zniknął. Ucieszyło to Bellis. Zaniedbywała książki Johannesa i teraz mogła wrócić do tych hermetycznych nauk.

Silasa nie było trzy dni.

Bellis kontynuowała penetrację Armady. Nareszcie wyprawiła się do najdalszych części miasta. Zobaczyła świątynie oparzeń w Cieplarni i posągowe tryptyki ustawione na kilku łodziach. W dzielnicy Tobietwój – mniej brutalnej i przerażającej, niż dawano jej do zrozumienia: okazało się, że jest to w gruncie rzeczy trochę przerysowane, pełne kupieckiej agresji targowisko – zobaczyła armadyjski szpital wariatów, ogromny gmach wyrastający z parowca, zlokalizowany w opinii Bellis dosyć okrutnie, bo obok nawiedzanej dzielnicy.

Niewielki wysyp łodzi z Niszczukowód, na skutek jakiegoś historycznego kaprysu oddzielonych od trzonu swej dzielnicy, tworzył swoisty bufor między okręgami Budy i Cieplarni. Tam Bellis znalazła liceum, którego laboratoria i sale lekcyjne schodziły stromo z burt statku, uwarstwione jak miasto na zboczu góry.

Armada posiadała wszystkie instytucje – edukacyjne, polityczne religijne – typowe dla miasta ze stałego lądu, tylko może bardziej estetyczne w formie. Jeżeli tutejsi naukowcy byli bardziej zahartowani od swoich lądowych kolegów i bardziej przypominali zbójców i piratów niż doktorów nauk, w niczym nie umniejszało to ich znajomości przedmiotu. Każdy okręg miał inny typ jednostki policyjnej, od umundurowanych dupków w Cieplarni po przyboczną hałastrę z Niszczukowód, która wyróżniała się tylko szarfami – oznakami w tym samym stopniu urzędu, co lojalności. W Budach istniało coś na kształt sądu i systemu rozjemstwa, podczas gdy luźną, brutalną, piracką dyscypliną Niszczukowód narzucano za pomocą bata.

Armada była miastem z gruntu laickim, jej zaniedbane kościoły traktowano z równie małym nabożeństwem jak piekarnie. Istniały świątynie pod wezwaniem deifikowanego Crooma, pod wezwaniem księżyca i jego córek, w ramach dziękczynienia za pływy, czy pod wezwaniem morskich bogów.

Jeśli Bellis się zgubiła, wystarczyło wynurzyć się z gąszczu bocznych uliczek, spojrzeć do góry na zacumowane do masztów aerostaty i znaleźć „Arogancję”, wiszącą dostojnie nad rozjarzonym „Wielkim Wschodnim”. Była to jej latarnia morska, wedle której ustalała kurs powrotny.

Miasto roiło się od drewnianych tratw, długich i szerokich na dziesiątki metrów, idiotycznie zabudowanych domami. Cienkie jak igła okręty podwodne chwiały się na wodzie między barkentynami, a były też statki-rydwany pełne nor mieszkalnych hotchich. W tanich dzielnicach rozpadające się budynki porastały pokłady albo chybotały niebezpiecznie między rufami niewielkich łodzi. Były domy gier, więzienia i porzucone kadłuby statków.

Podniósłszy oczy ku horyzontowi, Bellis widziała morskie zaburzenia: kipiącą wodę i nie wiadomo czym wywołane kilwatery. Z reguły były to skutki wiatru i pogody, ale czasem wpadało jej w oko stadko morświnów, plezjaur, szyja morskiego wyrmena albo plecy stworzenia tak dużego i szybkiego, że nie potrafiła go rozpoznać. Życie wokół miasta.

Wieczorami Bellis patrzyła na wracające do miasta kutry rybackie. Czasem pojawiały się statki pirackie i były witane w portach Basilio albo Jeżowca – te motory napędowe gospodarki armadyjskiej jakimś szóstym zmysłem odnajdywały drogę do domu.

Armada była miastem galionów. Wyskakiwały znienacka w mało prawdopodobnych miejscach, ozdobne i budzące nie więcej uwagi niż rzeźbione kołatki na drzwiach domów w Nowym Crobuzon. Idąc między dwoma szeregówkami z cegły, Bellis nagle stawała twarzą w twarz z dostojną, skorodowaną kobietą – napierśnik zaśniedziały, malowane spojrzenie złuszczone i zmętniałe. Wisiała w powietrzu jak upiór, pod bukszprytem swego statku, który sterczał nad pokładem sąsiada i celował w jakąś uliczkę.

Były wszędzie. Wydry, smokowce, ryby, wojownicy i kobiety. Przede wszystkim kobiety. Bellis nie znosiła tych oczu bez wyrazu, tych pokrzywionych figur, kiwających się debilnie na skutek falowania morza, nawiedzających miasto jak banalne duchy.

W swoim pokoju skończyła Eseje o zwierzętach i wciąż nie miała pojęcia, na czym polega tajny projekt Armady.

Gdzie jest Silas i co robi? Nie była smutna ani zła, że go nie ma, tylko zaciekawiona i trochę sfrustrowana. W końcu Silas był jedyną osobą, którą od biedy mogła nazwać swoim sojusznikiem.

Wrócił wieczorem piątego lunuara.

Bellis go wpuściła. Nie dotknęła go ani on jej.

Był zmęczony i zgaszony. Włosy miał zmierzwione, ubranie zakurzone. Usiadł na krześle i zasłonił oczy dłońmi, mrucząc jakieś pozdrowienie, którego nie dosłyszała. Zaparzyła mu herbaty. Czekała, aż się odezwie, ale w końcu wróciła do lektury książki i do cigarillo.

Zrobiła kilka stron notatek, zanim przemówił.

– Bellis. Bellis. – Potarł oczy dłońmi i spojrzał na nią. – Muszę ci coś powiedzieć. Muszę powiedzieć ci prawdę. Ukrywałem przed tobą różne rzeczy. – Skinęła głową i zwróciła na niego wzrok. Oczy miał zamknięte. – Podsumujmy, co wiemy. Miasto zmierza na południe. „Sorgo”… Wiesz, do czego jest „Sorgo”? Tak samo jak inne platformy, koło których, jak rozumiem, przepłynęliście na „Terpsychorii”, ciągnie spod morza paliwo. – Rozłożył szeroko ramiona na znak, że jest to przedsięwzięcie na ogromną skalę. – Pod ziemią są pola ropy, skalnego mleka i złóż rtęciowych, Bellis. Na pewno widziałaś wiertła, których używają do eksploatacji złóż na lądzie. Geoempaci i tym podobni znaleźli ogromne złoża pod dnem morskim… Pod południowym Salkrikaltorem jest ropa. Dlatego od ponad trzydziestu lat stacjonowały tam „Manekin”, „Gwiazda Odpadu” i „Sorgo”. Nogi platform „Manekin” i „Gwiazda Odpadu” sięgają dna, które znajduje się na głębokości stu dwudziestu metrów. Ale z „Sorgo” jest inaczej – mówił z chorobliwą lubością w głosie. – Ktoś na Armadzie znał się na rzeczy. „Sorgo” wspiera się na dwóch żelaznych komorach – okrętach podwodnych. „Sorgo” nie jest zacumowane. „Sorgo” to platforma głębokowodna, ale „Sorgo” może się przemieszczać. Jego szyb wiertniczy można przedłużać o kolejne segmenty, chyba bez żadnych ograniczeń. A w każdym razie wiele kilometrów w dół. Ropa i inne surowce nie występują wszędzie i dlatego staliśmy w jednym miejscu przez tak długi czas. Armada znajdowała się nad jakimiś złożami i czekaliśmy, aż „Sorgo” wydobędzie tego taki zapas, który wystarczy na zaplanowaną akcję.

43
{"b":"101386","o":1}