„Istnieje źródło siły – powiedział Kochanek do tłumów – na krańcu świata. Miejsce przejmujące grozą: rozdarcie, przez które wielkie fale mocy napierają na rzeczywistość. Na Armadzie jest człowiek, który ma na to dowody i wie, jak można podłączyć się do tej mocy. Do tej pory dotarcie tam było jednak niemożliwe”.
„Jest takie zwierzę – mówił Kochanek dalej – niesamowita istota, która od czasu do czasu przenika do Bas-Lag, po czym wraca do siebie. Armada sprowadziła pewnych wybitnych ludzi, którzy umieli złowić to zwierzę”.
„Kobieta, która mnie stworzyła – grzmiał, pokazując na Kochankę – zrozumiała, że dzięki temu drugiemu faktowi można wykorzystać ten pierwszy”.
„Źródło tej mocy – powiedział Kochanek – znajduje się na drugim końcu Ukrytego Oceanu. Mówi się jednak, że żaden statek w przepłynął przez Ukryty Ocean. Przyjaciele – tu rozpostarł ramion w triumfalnym geście, który powieliła teraz Carrianne – awank jest statkiem”.
A zatem Kochanek wyjawił prawdę, którą razem ze swoimi ludźmi przez lata ukrywał, wyjawił plany, które istniały już wtedy, kiedy zatrudnili Tintinnabuluma, ukradli „Sorgo”, polecieli na wyspę anopheliusów, podnieśli awanka. Przyznał się do tego w taki sposób, że nie został ukamienowany za swoje manipulacje i kłamstwa, lecz nagrobny brawami.
„Możemy przepłynąć przez Ukryty Ocean!” – krzyczał do wiwatującego tłumu. „Możemy czerpać moc z Blizny!”
– Kiedy to wszystko takie niepewne – powiedziała Bellis i Carrianne pokiwała głową.
– Oczywiście.
– Statki, flota… Carrianne znowu przytaknęła.
– Niektóre już są przycumowane do miasta. A jeśli reszta nie będzie mogła za nami płynąć, to nic nie szkodzi. Nasze statki nawet miesiącami pływają samopas i zawsze znajdują drogę do Armady. Te, które za nami płyną, wiedzą, co jest grane, a te, których nie ma… no, to nic nowego. Miasto wędrowało swoimi ścieżkami. Nie znikniemy na Ukrytym Oceanie, Bellis. Nie przypłynęliśmy tutaj na zawsze. Znajdziemy Bliznę i wrócimy.
– Ale to morze jest kompletnie popieprzone! – pomstowała Bellis cieniutkim głosikiem. – Nie mamy pojęcia, co nas tu czeka, jakie siły, jakie stworzenia, jacy wrogowie.
Carrianne zmarszczyła brwi i pokręciła głową.
– To wszystko prawda. Rozumiem. – Wzruszyła ramionami. – Jesteś przeciwna temu pomysłowi. W porządku, nie jesteś w tym odosobniona. Bodajże za dwa dni wypływa statek z takimi sceptykami jak ty, wracają na Wezbrany Ocean i będą czekali na powrót miasta. Ale… – urwała. Uświadomiły sobie jednocześnie, że Bellis nie należy do kategorii osób, które uzyskają przepustkę. – Większość z nas uważa, że gra jest warta świeczki.
– Wcale nie – powiedziała cicho Carrianne po pewnym czasie. – Ufam Brucolacowi i jestem pewna, że ma powody, by przeciwstawiać się planom Kochanków. Jestem taka przejęta, Bellis! Czemu nie mielibyśmy spróbować? To może być najdonioślejsza chwila w dziejach naszego miasta. Musimy spróbować.
Bellis ogarnęło uczucie, którego w pierwszej chwili nie rozpoznała. Nie przygnębienie, nie żałość, nie sceptycyzm, tylko rozpacz. Poczucie, że wszystkie plany, wszystkie opcje umierają.
„Przegrałam” – pomyślała bez melodramatyzmu czy nawet gniewu.
Carrianne nie była wypraną z mózgu idiotką, która bezrefleksyjnie ulega demagogii. Znała argumenty za i przeciw, nawet jeśli były one nieobiektywne i stronnicze. Z całą pewnością uzmysłowiła sobie, że całe przedsięwzięcie zaplanowano dawno temu, a zatem większość mieszkańców miasta była oszukiwana.
A jednak, wziąwszy pod uwagę wszystkie czynniki, uznała plan Kochanków za dobry.
„To był podły numer” – mówiła w myślach Bellis do Kochanków. „Chwyt poniżej pasa. Tego nie przewidziałam. Kłamstwa, manipulacje, przekupstwo, przemoc, korupcja, to owszem, ale zupełnie się nie spodziewałam, że po prostu zainicjujecie publiczną debatę i wasze stanowisko przeważy”.
Przemknęła jej przez głowę myśl o nic teraz niewartej broszurze Fencha. Jej ramionami zatrząsł bezgłośny śmiech. OTO, JAKA JEST PRAWDA! – krzyczała zapewne broszura. NISZCZUKO WODY WLEKĄ ARMADĘ DO BLIZNY!
„Prawda”.
„Wygraliście” – pomyślała i porzuciła nadzieję. „Zostanę tutaj aż do śmierci. Zestarzeję się tutaj, zrzędliwa staruszka uwięziona na statku. Będę drapała blizny na plecach, bogowie kochani, ale będą potwornie swędziały, będę mruczała i wyklinała pod nosem. Albo zginę razem z wami wszystkimi, także z moimi przywódcami, w jakimś głupim, makabrycznym wypadku na Ukrytym Oceanie. Tak czy owak jestem wasza, czy tego chcecie, czy nie. Zwyciężyliście. Zabieracie mnie ze sobą. Zabieracie mnie do Blizny”.
Rozdział czterdziesty drugi
W miejscu, gdzie od początku wisiał cień, teraz nic nie mąciło błękitu nieba.
„Arogancja” zniknęła.
Na pokładzie „Wielkiego Wschodniego” leżała końcówka liny cumowniczej. Lina została odcięta i aerostat odfrunął.
– Hedrigall – mówili ludzie dokoła Bellis.
Stała wśród tłumu, który zebrał się po to, żeby popatrzeć na dziurę w panoramie miasta. Gwardziści z początku usiłowali zatarasować gapiom drogę, ale dali za wygraną widząc, ilu ich jest.
Bellis mogła teraz poruszać się swobodniej. Nadal krzywiła się z bólu, kiedy ktoś dotknął ją w plecy, ale krwawienie ustało. Niektóre z mniejszych strupów zaczęły strzępić się po bokach. Trzymała się na skraju tłumu.
– Hedrigall… odleciał sam.
Wszyscy to mówili.
Im bardziej Armada zagłębiała się w Ukryty Ocean, z tym większą trudnością nadążały za nią statki. Płynęły jej tropem niby wylęknione kaczuszki, a te, które przywiązano do miasta, zgasiły silniki, nieznacznie zwiększając obciążenie awanka.
Na drugi dzień po rozmowie z Carrianne, która była dla Bellis szokiem i objawieniem, statki i okręty podwodne pozostające w orbicie Armady zawróciły. Nie potrafiły już dłużej walczyć z narowami Ukrytego Oceanu. Utworzyły nerwowy konwój i zmagając się ze swarliwymi wiatrami, odpłynęły pod parą na południe. Trzymały się razem ze względów bezpieczeństwa, aby móc też się nawzajem holować w razie awarii. Wracały na pewniejsze, bardziej zrozumiałe wody Wezbranego Oceanu, gdzie planowały czekać.
Miasto miało po nie wrócić w ciągu miesiąca, góra dwóch.
A gdyby nie wróciło? Wtedy miały uznać się za wolne. Decyzja taka zapadła bez przeszkód, a jej konsekwencje nie zostały przedyskutowane.
Bellis oglądała z okna rejteradę armadyjskich statków. Inne były przykute do burty Armady niby ślimaki morskie do skał lub kołysać, się trwożnie na wodach portów Basilio i Jeżowca, otoczone jednostkami tworzącymi nabrzeża i keje. Były uwięzione. Za długo zwlekały żeby teraz odpłynąć, mogły tylko stać bez celu, jakby ładowały lub rozładowywały towar, i czekać.
Armadyjczycy nigdy wcześniej nie widzieli swego miasta bez aureoli statków. Zgromadzili się na krawędzi miasta, żeby popatrzeć na morze. Pustka była przytłaczająca. Ale nawet te bezkresne połacie wody tak ich nie zaniepokoiły jak ucieczka Hedrigalla.
Nikt niczego nie widział. Nikt niczego nie słyszał. „Arogancja” wymknęła się potajemnie. Dla Niszczukowód była to szokująca strata.
„Jak to możliwe?” – pytali ludzie. Sterowiec był uszkodzony, a Hedrigall uchodził za stuprocentowo lojalnego.
– Miał wątpliwości – powiedział Tanner do Szekla i Angevine. – Mówił mi o tym. Że był lojalny, to bez dwóch zdań, ale od samego początku uważał, że ta awantura z awankiem nie jest dobra dla miasta. A Blizna jeszcze gorsza. Ale nikogo nie udało mu się przekonać.
Tanner był przerażony ucieczką Hedrigalla. Zabolało go to. Ale myślał głośno, próbując zobaczyć sprawy w takim świetle, w jakim je widział jego enigmatyczny przyjaciel. „Pewno czuł się w pułapce” – pomyślał Tanner. „Żył tutaj od tylu lat, a tu nagle miasto robi wszystko inaczej. Nie czuł się związany z Dreer Samher, a jeśli z Armadą tez przestał czuć się związany, to co mu zostało?”.