– Tanner – powiedziała chrapliwym głosem, unosząc ramiona w geście bezradności. – Przysięgam ci, przysięgam ci, przysięgam… nie wiedziałam.
Podejrzewała, że od początku miał w sobie cień wątpliwości, niepewności, bo inaczej po prostu palnąłby jej w łeb. Mówiła do niego długo, potykając się na własnych słowach, próbując znaleźć sposób na wyrażenie tego, co nawet dla niej brzmiało niewiarygodnie, z gruntu fałszywie. Pistolet przez cały czas celował w jej twarz. Mówiąc Tannerowi o swoich olśnieniach, Bellis od czasu do czasu milkła, w pełni sobie uświadamiając, że jej podejrzenia były prawdziwe. Wyglądała przez okno, które widziała nad ramieniem Tannera Sacka. Tak było łatwiej, niż patrzeć mu w oczy. Za każdym razem, gdy na niego zerknęła, palił ją skandal dokonanej przez siebie zdrady, a przede wszystkim wstyd. – Wierzyłam w to, co ci powiedziałam. – Na wspomnienie o rzezi skrzywiła się tak gwałtownie, że aż ją zabolało. – Mnie też okłamał.
– Nie mam bladego pojęcia, jak znaleźli Armadę – mówiła trochę później, wciąż mając przed sobą pogardliwego, wściekłego i niedowierzającego Tannera. – Nie wiem, jak to działa. Nie wiem, jak zrobili. Nie wiem, jakie wykradł informacje albo przyrządy, które to umożliwiły. Musiał coś schować. Musiał dać im coś, co im pozwoliło nas wytropić, w tej przesyłce…
– Którą dałaś mnie.
Bellis zawahała się, po czym skinęła głową.
– Którą on dał mnie, a ja tobie.
– Byłam przekonana, że… Na Jabbera, Tanner, jak myślisz, co ja robiłam na „Terpsychorii”? Uciekałam, do jasnej cholery. – Tanner nie reagował. – Byłam zbiegiem. Kurczę, nie podoba mi się tutaj, to nie jest mój kraj, ale uciekałam. Nie wezwałabym tych drani. Nie miałabym do nich zaufania. Uciekałam, bo bałam się o własne życie. – Spojrzał na nią z zaciekawieniem. – Zresztą… – zawahała się, bo miała obawy że zabrzmi to jak mizdrzenie się, ale chciała powiedzieć mu prawdę. – Zresztą, i tak bym tego nie zrobiła. Nie zrobiłabym tego tobie ani żadnemu innemu z was. Nie jestem zasranym prokuratorem, Tanner. Nie chcę, żeby ich wymiar sprawiedliwości dopadł któregokolwiek z was.
Wpatrywał się w nią z kamienną miną.
Jak później zdała sobie sprawę, tym, co przeważyło szalę, co kazało Tannerowi uwierzyć w jej wersję, nie był jej smutek ani wstyd. Nie ufał tym uczuciom, o co nie miała do niego pretensji. O tym, że Bellis mówi prawdę, że tak jak on została oszukana, przekonała go jej wściekłość.
Zgnębiona Bellis długo milczała, czując, że dygocze, a jej zaciśnięte pięści były twarde jak kość i zbielałe.
– Ty gnoju – usłyszała własne słowa i pokręciła głową. Tanner wiedział, że Bellis nie ma na myśli jego. Myślała o Silasie Fennecu. – Okłamywał mnie – prychnęła nagle, zaskakując samą siebie. – Faszerował mnie kłamstwami, żeby móc mnie wykorzystać.
„Wykorzystał mnie, tak jak wykorzystał wiele innych osób. Widziałam go w akcji. Miałam świadomość, jak on działa, jak wykorzystuje ludzi, ale… ale nie sądziłam, że ze mną postępuje tak samo”.
– Upokorzył cię – powiedział Tanner. – Miałaś się za kogoś wyjątkowego, co? – zakpił. – Myślałaś, że go przejrzałaś? Myślałaś, że jesteście wspólnikami?
Patrzyła na niego rozpalona wściekłością i obrzydzeniem do siebie, dała się nabrać Silasowi jak jakaś pierwsza naiwna, jak jego marionetka, jak wszyscy inni. „Ja byłam większym frajerem niż ci wszyscy biedacy, którzy czytali broszury Simona Fencha. Ja byłam większym frajerem niż ci wszyscy kretyni, którzy działali jako jego wtyki”. Dostała mdłości na myśl, że z taką pogardą, z taką łatwością ją okłamywał.
– Ty gnoju zasrany – mruknęła. – Zajebię cię. Tanner uśmiechnął się kpiąco, tak żałośnie to zabrzmiało.
***
– Myślisz, że choć trochę z tego, co ci mówił, było prawdą? – spytał Tanner Sack.
Siedzieli razem, spięci i niepewni. Wciąż trzymał w ręku pistolet, ale już z mniejszą stanowczością. Nie stali się współkonspiratorami. Tanner patrzył na nią z niechęcią i złością. Nawet jeśli uwierzył, że nie życzyła Armadzie krzywdy, nie była jego towarzyszką. Wciąż pozostawała osobą, która namówiła go do wzięcia na siebie roli gońca. To ona uczyniła go współwinnym rzezi.
Bellis pokręciła z urazą głową.
– Czy myślę, że Nowe Crobuzon zostanie zaatakowane? – powiedziała z niesmakiem w głosie. – Czy myślę, że najpotężniejszemu państwu-miastu na świecie grozi niebezpieczeństwo ze strony wrednych ryb? Że jego dzieje po dwóch tysiącach lat niedługo dobiegną końca i że tylko ja mogę ocalić moją ojczyznę od zagłady? Nie, panie Sack, nie wierzę. Myślę, że chciał przesłać do kraju wiadomość i tyle. Myślę, że ten zasrany manipulant zagrał na mnie jak na flecie. Tak samo, jak robi ze wszystkimi innymi.
„Jest skrytobójcą, szpiegiem, agentem” – pomyślała. „Uosabia wszystko to, przed czym uciekałam. A przecież, samotna i łatwowierna jak jakaś zagubiona kretynka, uwierzyłam mu”. Nagle naszło ją zupełnie inne pytanie: „Czemu po niego przypłynęli? Przebyli cztery tysiące mil morskich, żeby uratować jednego człowieka? Nie chodziło o niego i nie sądzę, żeby chodziło o»Sorgo«”.
– Kryje się za tym coś więcej… – zaczęła, próbując nadać swoim myślom jakiś kształt. – Kryje się za tym coś więcej, niż widać.
„Nie wyprawiliby się tak daleko, nie ryzykowaliby tak wiele tylko ze względu na niego, choćby był najlepszym z agentów. On coś ma uzmysłowiła sobie. „Coś, co jest im potrzebne”.
– No to co zrobimy? – Widniało. Ptaki zaczęły śpiewać. Bellis była potwornie zmęczona. Bolała ją głowa. Na razie zignorowała pytanie Tannera. Za oknem zobaczyła czarne kreski omasztowania i architektury na tle jaśniejącego nieba. Panowała głucha cisza. Bellis w działa po bokach miasta fale, po których dało się poznać, że miasto płynie na północ. Powietrze było chłodne. Bellis potrzebowała jeszcze jednego punktu w czasie, jednej zatrzymanej chwili, żeby odetchnąć zanim odpowie Tannerowi i uruchomi nieestetyczną klaustrofobiczną rozgrywkę końcową. Znała odpowiedź na jego pytanie, ale nie miała ochoty jej udzielać. Nie patrzyła na Tannera. Wiedziała, że ponowi pytanie. Silas Fennec wciąż hasał sobie swobodnie po mieście, mając za sobą nieudaną próbę ucieczki, i pytanie, co należy zrobić, było retoryczne. Wiedziała, że Tanner o tym wie, że ją sprawdza, że na jego pytanie jest tylko jedna odpowiedź i że jeśli Bellis jej nie udzieli, Tanner wciąż może palnąć jej w łeb. – Co zrobimy? – powtórzył.
Podniosła na niego znużony wzrok.
– Przecież wiesz. – Zaśmiała się nieprzyjemnie. – Musimy się przyznać. Musimy powiedzieć wszystko Utherowi Doulowi.
Rozdział trzydziesty dziewiąty
Dryfujemy oto, blisko północnej granicy Wezbranego Oceanu, zaledwie - ile? – tysiąc, trzy i pół tysiąca kilometrów na zachód, na północny zachód, leży Morze Szczwane. W krzywiznach jego wybrzeża, w pasie nadbrzeżnym niezbadanego kontynentu, leży kolonia Nova Esperium.
Czy to jest małe, pogodne, roziskrzone miasto, którego zdjęcia widziałam? Widziałam heliotypy jego wież, jego silosów zbożowych, otaczających go lasów i unikatowych zwierząt zamieszkujących okolicę: oprawione w ramki i pozowane, w tonacji sepii, ręcznie barwione. Nova Esperium każdemu daje szansę na nowe życie. Nawet prze-tworzeni, parobkowie i najmici mogą uzyskać wolność.
To oczywiście nieprawda.
Wyobraziłam sobie, że patrzę na tę osadę ze zboczy gór widocznych na tych zdjęciach, rozmytych przez dal, nieostrych. Że uczę się języków tubylców, obgryzając kości starych książek, które być może znajdziemy w ruinach.
Z Nowego Crobuzon do ujścia, do skraja Zatoki Żelaznej, jest szesnaście kilometrów.
We wspomnieniach ciągle trafiam do tego miejsca za miastem, zawieszonego między ziemią a morzem.
Pory roku mi uciekły. Wyjechałam, kiedy jesień przeszła w zimę i później już nigdy nie miałam tak silnego poczucia czasu. Od tej porze upał, chłód, mróz i znowu upał wydają mi się chaotyczne, niewychowane, losowe.