Bellis popijała bursztynowy płyn, wpatrzona w wodę. Była zdezorientowana i nieufna. Nie rozumiała, dlaczego Doul tak ją rozpieszcza.
Z początku w maleńkiej sferycznej kabinie „Meduzy”, z trzema oddychającymi istotami na pokładzie, było tylko ciepło. Musieli dokonywać cudów ekwilibrystyki, żeby móc jednocześnie wyglądać przez maleńkie bulaje.
Światło umykało do tyłu zaskakująco szybko, co Johannes obserwował z nerwową fascynacją. Schodzili obok jednego z wielkich łańcuchów, do których przywiązany był awank. Mijali kolejne potężne ogniwa, pokryte łuszczycą skorupiaków i wielu pokoleń wodorostów. Osowiałe ryby z krowimi oczami przyglądały się intruzom, okrążały rurki podające tlen, uciekały przed bąbelkami, którymi pryskała batysfera.
Kiedy światło niemal całkiem zgasło, łańcuch nabrał groźnego wyglądu. Czarne kolumny skierowane były prawie pionowo w dół. Sposób łączenia się ogniw ze sobą nagle zaczął się wydawać tajemniczy i złowróżbny, jak hieroglify nieznanego języka.
Na granicy absolutnych ciemności morze sprawiało wrażenie zupełnie nieruchomego, nie przecinały go drapieżne prądy Ukrytego Oceanu. Nie rozmawiali ze sobą. W kabinie było ciemno. Mieli ze sobą chymiczne lampy i latarnie, ale nie chcieli ryzykować ich zużycia po drodze – widzieć potrzebowali dopiero u celu. Siedzieli więc ściśnięci jak sardynki, w najgłębszych ciemnościach, jakich w życiu doświadczyli.
Słuchać było tylko świst oddechów, szept pompowanego powietrza i lekki stuk rozprostowywanych kończyn o metal i o siebie nawzajem. Silnik był wyłączony – w dół ciągnęła ich grawitacja.
Johannes zauważył, że cała trójka podświadomie zsynchronizowała oddech. Oznaczało to, że po każdym wypuszczeniu powietrza zapadała cisza i Johannes przez ułamek sekundy mógł udawać, że jest sam.
Zeszli daleko poniżej zasięgu promieni słonecznych. Teraz to oni podgrzewali morze. Wysoka temperatura przeciekała z kotłów parowych do kabiny, a stamtąd przez metalową skórę batysfery do wody, która łapczywie ją pożerała.
Czas nie mógł przeżyć w tych warunkach – w litych, gorących ciemnościach, pośród monotonnego szumu powietrza i skrzypienia skóry. Był połamany i krwawił. Poszczególne chwile nie przechodziły płynnie jedne w drugie, lecz rodziły się martwe. „Jestem poza czasem” – pomyślał Johannes.
Klaustrofobia żółcią podeszła mu do gardła, ale znieruchomiał, zamknął oczy – ciemności, które znalazł za powiekami, nie mniej głębokie od tych, od których się odgrodził, nie przyniosły mu jednak ulgi – przełknął ślinę i zwalczył w sobie to uczucie. Po omacku znalazł szkło bulaju, które okazało się zimne i mokre od skroplonej pary. Woda na zewnątrz była lodowata.
Nieskończenie długie minuty, po których ciemności na zewnątrz na moment się rozproszyły i załoga sapnęła, kiedy czas wrócił do nich jak kopnięcie prądem elyktrycznym. Mijała ich jakaś żywa lampa, jakieś zaopatrzone w macki stworzenie, które przenicowało swoje ciało w perystaltyczną falę, owinęło się luminescencyjnymi wnętrznościami i pomknęło w dal; ascetyczny poblask wkrótce zgasł.
Chion zapaliła lampę na czole batysfery. Fosforowe światło wyrżnęło w ciemnościach stożek, ze ścianą tak wyraźną, jakby była z marmuru. W oświetlonym polu nie zobaczyli nic oprócz zupy maleńkich cząstek, które zdawały się lecieć do góry, ale było to tylko złudzenie wywołane ruchem „Meduzy”. Nie zobaczyli natomiast ani dna oceanu, ani żadnych oznak życia. Miażdżąca pustka, którą rozświetlili, przygnębiła ich bardziej niż wcześniejsze ciemności. Dalej schodzili już po ciemku.
Żelazny pancerz zaczął skrzypieć pod naporem wody. Co dziesięć czy dwanaście sekund rozlegał się kolejny zgrzyt, jakby ciśnienie zmieniało się skokowo, a nie liniowo.
Perkusyjny odgłos przybierał na natężeniu, aż w końcu Johannes zdał sobie sprawę, że trzęsie się nie tylko ich pojazd, ale również całe morze – tony wody wibrowały, spazmowały echem grzmistych uderzeń dochodzących z dołu.
Serce awanka.
Kiedy z potężnego koła na „Nosidle” odwinęło się już kilka kilometrów kabla, zapadka zabezpieczająca zaskoczyła i zahamowała zjazd batysfery ku dnu. „Meduza” szarpnęła się, łomotana przez arterialny huk. Serce awanka sprawiało wskroś metalu wrażenie czegoś litego.
Chion zapaliła latarnię. Popatrzyli nawzajem na swoje mokre od potu twarze w tonacji sepii. Wyglądali groteskowo, zatopieni w cieniach. Przy każdym uderzeniu serca, które wprawiało batysferę w drgania, każdy z nich miał tik trwożnego podziwu. Wokół ciasnej kabiny, z jej wskaźnikami i zegarami, migotały ciemności.
Chion zaczęła poruszać dźwigniami i wkładać karty perforowane do maszyny analitycznej. Serca w nich zamarły, kiedy w pierwszej chwili nie było żadnego efektu, lecz potem batysfera zawibrowała odgłosem silników.
– Powinniśmy mieć pod sobą paręset metrów – oceniała Chion. – Zejdziemy powoli.
Z terkoczącym stęknięciem „Meduza” zaczęła po krzywej sunąć ku awankowi.
Lampa znowu rozbłysła. Zimny snop światła przeszył nieustające podmorskie życie. Johannes przyglądał się zawieszonym w wodzie cząstkom i zobaczył, że dygoczą w rytm tętna awanka. Usta napełniły mu się śliną na myśl o milionach ton wody gotowej ich zmiażdżyć.
Pod nimi objawiła się obecność jakiejś czującej istoty – duch, nie duch? Johannesa zmroziło. Schodzili ku wielkiej płaskiej strefie lżejszych ciemności – porozrywanym, wysypanym kamykami polu, które wśliznęło się w zasięg ich wzroku. Z początku nikłe, nabierało substancjalności, fosforowy promień łapał jego przypadkowe, strzępiaste kontury. Oślizłe i kamieniste, ciągnęło się na wszystkie strony, poznaczone plamami głębinowych porostów. Dawało mieszkanie głębokowodnej faunie. Johannesowi mignęły przed oczami ślepe, węgorzowate śluzice, napęczniałe szczetnice, ociężałe, zbielałe trylobity.
– Jesteśmy w złym miejscu – powiedziała Chion przez ściśnięte gardło. – Zeszliśmy na dno oceanu.
Jeszcze zanim zdążyła powiedzieć to zdanie do końca, jej głos przeszedł w drżący szept, bo zdała sobie sprawę, że jest w błędzie. Johannes skinął głową z poczuciem triumfu i trwożnej czci, jak człowiek, któremu objawił się jego bóg.
Serce awanka znowu zabiło i na płaskim polu wyrósł potężny grzbiet, wysoki na sześć metrów, wzbijając kłęby cząstek kurzu i szlamu. Grzbiet wybiegał poza zasięg lampy, rozwidlając się na dwoje i troje, tworząc na płaskowyżu siatkę ścieżek.
Była to żyła.
Napełniała się krwią, wybrzuszała, żeby po chwili opaść.
Okręt podwodny zjechał we właściwe miejsce. Znajdowali się nad grzbietem awanka.
Nawet Krüach Aum, człowiek pozbawiony emocji, sprawiał wrażenie osłupiałego. Zsunęli się głowami i nawzajem dodawali sobie odwagi.
Krajobraz pod nimi był topografią zwierzęcia.
„Meduza” sunęła powoli, siedem i pół metra nad powierzchnią awanka, mając pod sobą dolinę między dwiema żyłami. Zahipnotyzowany Johannes przez gęstą wodę obserwował ubarwienie potwora Spodziewał się anemicznej bieli, a tymczasem nakrapiana epidemia mieniła się setkami odcieni, pozwijanych w spirale równie charakterystyczne jak odciski palców: marmurkowe szarości, czerwienie ochry…
Miejscami z grzbietu awanka sterczały wypustki, które przypominały skałę albo róg – witki wyrastające wokół „Meduzy” niby skamieniałe drzewa. Chion lawirowała między nimi ostrożnie.
Przepływali nad otworami w epidermie awanka, zmarszczonymi wyrwami, które nagle się powiększały i ukazywały ziejące sztolnie, gładkie, pulsujące tunele, które prowadziły do wnętrza ciała, pokryte pęcherzykami większymi od człowieka.
„Meduza” unosiła się nad grzbietem awanka jak pyłek.
– Na bogów, na co my się porywamy? – szepnął Johannes. Krüach Aum szkicował coś i robił notatki, podczas gdy Johannes wybałuszonymi oczami wpatrywał się w istotę, w której przywołaniu brał udział.
– Światła mamy na góra dwie godziny – powiedziała Chion z niepokojem w głosie.