Литмир - Электронная Библиотека
Содержание  
A
A

– Gdzie nauczył się pan walczyć? – spytałam, kiedy było już oczywiste, że nie przerwał, tylko umilkł.

– Opuściłem Cromlech jako dziecko – odrzekł. – Nawet sobie nie uświadamiając, że to robię. Zakradłem się do kolejki zębatej.

Więcej nie chciał mi powiedzieć. Od ucieczki do przybycia na Armadę musiało upłynąć co najmniej dziesięć lat. Nie chciał mówić o tym okresie, ale z całą pewnością to wtedy nabył swoje niezgłębione umiejętności.

Chwile milczenia były coraz dłuższe i widziałam, że Doul traci chęć do rozmowy. Nie chciałam tego. Po tygodniach życia w odosobnieniu potrzebowałam, żeby mówił. Próbowałam rozruszać go jakimś żartem. Musiało to zabrzmieć filuternie i frywolnie.

– Ale po opuszczeniu Cromlech walczyłeś z Imperium Widmowców i zdobyłeś… jak oni to nazywają?… Ostrze Możności?

Pokazałam na jego ceramiczny miecz.

Przez moment jego twarz nie wyrażała żadnej reakcji, a potem rozjaśnił ją piękny uśmiech. Doul wygląda jak chłopiec, kiedy się uśmiecha.

– To jest kolejny łańcuch znaczenia – powiedział – które w połowie się zatraciło. Imperium Widmowców już nie istnieje, ale jego relikty są rozsiane po całym Bas-Lag. To prawda, że mój miecz jest artefaktem Imperium Widmowców.

„Co on sugeruje?” – pomyślałam. „Mówi, że miecz powstał przy użyciu technik z Imperium Widmowców, czy że jest oparty wzorach z Imperium Widmowców”. Poznałam jednak po jego minie, że sens jego wypowiedzi jest dosłowny.

Chyba wyglądałam na zaszokowaną. Doul skinął zdawkowo głową.

– Mój miecz ma ponad trzy tysiące lat – oznajmił.

To niemożliwe. Widziałam go: prosty, trochę zużyty i zszarzały wyrób ceramiczny. Zdziwiłabym się, gdyby miał więcej niż pięćdziesiąt lat. – A nazwa… – Znowu uraczył mnie tym swoim uśmiechem. – Kolejne nieporozumienie. Znalazłem ten miecz po bardzo długich poszukiwaniach i opanowaniu martwej nauki. Ludzie nazywają go Ostrzem Możności. To jest przeróbka jego prawdziwej nazwy. Swego czasu istniało wiele takich mieczy. Sądzę, że teraz został już tylko ten. Nazywa się Miecz Możliwości.

Już podczas podróży powrotnej naukowcy snuli plany. Doceniali ogrom tego, co pozostało im do zrobienia. Czekała ich jeszcze cięższa praca.

„Trójząb” nie wracał tą samą trasą: Armada przemieściła się i dzięki tym tajemnym metodom, których Bellis nie rozumiała, lecieli wprost ku niej.

Sterowiec nabierał tempa, poniewierany przez szare chmury i pociski deszczu. Przez okna kajuty patrzyła na wzburzone morze i ciemne powietrze na skraju nieba.

Zbliżał się sztorm.

Zdołali uciec przez niepogodą. Sztorm był gwałtowny, ale nie poruszał się szybko. Rozrywał się na kawałki od środka. „Trójząb” leciał na jego obrzeżach, bombardowany przez peryferia deszczu, ścigając się z cieniem burzy.

Zobaczywszy bryłę Armady, która przełamała horyzont i rozprzestrzeniała się na falach, Bellis wpadła w zadumę nad wielkością miasta. Wyglądała jak coś rozlanego, jak plama zepsutych i wyremontowanych łodzi, chaotyczna i bezkształtna, o przypadkowych i niezmiennych konturach. Holowniki i parowce, które ciągnęły ją po morzu, wyprzęgnięto i teraz trudniły się przewozem towarów. Bellis pomyślała o zużywanych przez nie ogromnych ilościach paliwa. Nic dziwnego, że statki pirackie Armady były żarłoczne. Na widok miasta poczuła wielką falę uczucia, którego zupełnie nie umiała zidentyfikować.

Na skraju Armady zobaczyła „Terpsychorię”. Dostrzegła też za wikłane kontury platformy „Sorgo”, której wieża buchała płomieniami, a wyziewy zakrzywiały powietrze. Wokół jej nóg krzątali się ludzie. Znowu wierciła, wysysając ropę naftową i skalne mleko z żył, których od stuleci płynęły pod ciśnieniem. Armada dotarła do uskoku. „Sorgo” magazynowało paliwo na planowaną gigantyczną taumaturgię.

Przelecieli nad północno-wschodnią częścią Niszczukowód, ostrożnie lawirując między masztami. W dole frunęło ich tropem stadko ciekawskich: aerotaksówki oraz indywidualni baloniarze, dziwaczne i koślawe statki powietrzne.

„Trójząb” zaparkował nad „Wielkim Wschodnim”, na tej samej wysokości co kaleka „Arogancja”. Bellis widziała, że ludzie patrzą z okolicznych statków i małych pojazdów powietrznych, ale „Wielki Wschodni” otaśmowano. Na jego pokładzie nie było prawie nikogo. Czekał na nich niewielki oddział gwardzistów, z uradowanym Kochankiem na czele.

Bellis zobaczyła na jego twarzy nowe nacięcie, gojący się strup. Wychodziło od lewego kącika ust i opadało krętym szlakiem przez podbródek. Było to lustrzane odbicie rany, którą – jak słyszała Bellis – zadała sobie Kochanka.

Kiedy Kochankowie się zobaczyli, nastąpiła długa chwila ciszy, a potem pokonali dzielący ich dystans i wzięli się w objęcia. Chwytali się i szarpali. Namiętne dotyki trwały co najmniej minutę. Nie przypominały pieszczot: Kochankowie sprawiali wrażenie, jakby walczyli ze sobą w zwolnionym tempie. Widok ten niepomiernie poruszył Bellis.

Wreszcie wyplątali się z uścisku. Bellis stała dostatecznie blisko, aby usłyszeć, jak syczą do siebie. Kochanka uderzała i drapała swego mężczyznę w szyję i twarz, coraz mocniej i mocniej. Kiedy dotknęła jego nowego nacięcia, jej dłonie nagle stały się tak delikatne, jakby miała do czynienia z niemowlęciem.

– Tak jak się umówiliśmy – szepnęła Kochanka, dotykając swojej rany – i w uzgodnionym momencie. Czułeś mnie? Czułeś? Przysięgam, że ja cię czułam, każdy centymetr, każdą kroplę krwi.

Na ścianach sali w boazerii wisiały stare portrety olejne inżynierów i polityków, których Bellis nie rozpoznawała. Crobuzończyków anonimowo obrastających pleśnią w trzewiach skradzionego statku. Wokół stołu w kształcie podkowy zasiadał senat Armady. Przed oblicze dostojnej izby wezwano Tintinnabuluma, szefów ekip inżynieryjnych i naukowych z „Trójzębu” oraz Krüacha Auma. Obok oszołomionego anopheliusa siedziała Bellis.

Senat Armady nie zebrał się od ośmiu lat, ale władcy okręgów czekali na powrót „Trójzębu”, aby poddać ten przełomowy w dziejach Armady plan pod głosowanie. Chcieli stworzyć pozory, że wszystko odbywa się zgodnie z procedurami.

Każdy okręg miał jeden głos w senacie. Niektóre okręgi reprezentowała jedna osoba, niektóre grupka osób. Bellis powoli powiodła wzrokiem wokół stołu. Władców okręgów nietrudno było rozpoznać.

Braginod, królowa Czasów z rasy ludzi-kaktusów, w towarzystwie swoich doradców.

Książkowice reprezentował triumwirat kheprich, którzy nachylali się ku sobie i konwersowali za pomocą ruchów ciała i emisji chymicznych, co ich służący, człowiek, przekładał na język ludzi. Ich nazwiska mało kto znał, byli bowiem tylko figurantami, za którymi stała trzęsąca okręgiem klika o zmiennym składzie.

Blisko końca stołu siedział człowiek odziany w mnisze szaty: wysłannik Cieplarni. Obok siebie miał niechlujnego człowieka w wieku około sześćdziesięciu lat. Bellis rozpoznawała go z plakatów: był to król kupiec Friedrich z okręgu Tobietwój. Sąsiadował z nim mężczyzna o szarej i pokrytej bliznami twarzy: generał Alozowic.

Zdecydowanie najliczniejsza była delegacja Bud. W obradach senatu brała udział znaczna część Rady Demokratycznej – mężczyźni i kobiety różnych ras, siedzący w ciasnym kręgu przylegającym do głównego stołu niby kółko zębate w przekładni. Ciągle szeptali coś między sobą i patrzyli na przedstawicieli Niszczukowód z widoczna wrogością.

A po prawej stronie stołu: Kochankowie. Nie zabierali głosu, tylko obserwowali. Siedzieli obok siebie w milczeniu, z bliźniaczymi śladami przemocy na twarzach.

Naprzeciwko nich siadł blady mężczyzna, w prostym, ciemnym stroju który spoglądał na Kochanków znacznie mniej czytelnym znacznie inteligentniejszym wzrokiem niż rajcy z Bud. Bellis nigdy wcześniej go nie widziała. Nos miał szeroki, a usta pełne. Jedynym elementem odbiegającym od jego wygładzonego wizerunku były kręcone włosy. Ciemne, lecz przejrzyste oczy były niezwykłe, hipnotyzujące.

85
{"b":"101386","o":1}