Potępieńcy posprzątali po sobie i wyszli z domu.
– Jesteś pewien, że się uda? – zapytał Blank.
– Oczywiście – odparł Pierwszy. – A poza tym nie zamierzam zmarnować pustych nocy w tym miesiącu. Wystarczy, że przedwczoraj Nadia nam uciekła.
– A jeśli wcześniej zadzwoni do Feliksa?
– Nie zadzwoni, ma za mało czasu. Musi się naprawdę spieszyć, żeby dopaść tego „upiora”. – Pierwszy uśmiechnął się wzgardliwie.
Antoni był starym żniwiarzem, który dawno temu wziął pod swoje skrzydła Feliksa, gdy ten umarł pierwszy raz i wcielił się w nowe ciało. Wszystko mu wytłumaczył, nauczył egzorcyzmów, opowiedział o nawich.
Trzy godziny wcześniej Pierwszy zadzwonił do Antoniego i przestraszonym tonem prosił o pomoc. Zdobycie jego numeru telefonu nie stanowiło żadnego problemu – jeden z potępieńców już jakiś czas wcześniej zakradł się do domu Feliksa i odszukał jego stary notes z kontaktami.
Blank zamyślił się.
– Nie mów, że nie byłem przekonujący, gdy z nim rozmawiałem – oburzył się Pierwszy. – Proszę przyjechać, to był chyba upiór albo martwiec! – zaczął naśladować samego siebie. – Ja się nie znam, ale to coś grasuje po mojej wsi. Wczoraj zmarł mój sąsiad. Mam pana numer od Feliksa, który kazał dzwonić do pana, gdyby coś się stało. Feliks na razie nie żyje, tak mówiła jego bratanica, Magda!
– Gdybym cię nie znał, sam uwierzyłbym w tego upiora. – Uśmiechnął się Blank.
– Antoni był tak przejęty, że od razu wsiadł w samochód. – Pierwszy zerknął na zegarek. – Zaraz powinien być.
Nagle usłyszeli warkot silnika, a ciemną wieś rozświetliły reflektory samochodu.
– O wilku mowa – rzucił lekko najstarszy żniwiarz.
– Jesteś pewien, że sam chcesz to zrobić? – zapytał Blank, gdy wyszli przed dom.
– Mnie też należy się odrobina zabawy. – Pierwszy pomachał ręką do kierowcy samochodu. – Potępieńcy mogliby to zawalić. Mieli już za dużo wpadek, a Antoni nie jest taki głupi.
Samochód zatrzymał się na poboczu i po chwili wysiadł z niego na oko czterdziestoletni, dobrze zbudowany mężczyzna.
– Witaj – przywitał się Pierwszy.
Blank docenił jego grę aktorską, bowiem Pierwszy doskonale udawał wieśniaka próbującego źle zamaskować przerażenie.
– Dzień dobry – odparł Antoni, ściskając jego dłoń.
Na chwilę spojrzał Pierwszemu prosto w oczy i Blanka przejęła groza, gdy zmarszczył brwi. A jeśli się domyśli, że to żniwiarz? – przemknęło mu przez myśl. Nie, Pierwszy jako jedyny potrafi ukryć swoją tożsamość. Jest w tym mistrzem.
– Cmentarz jest tam, za wsią – powiedział lekko drżącym głosem najstarszy żniwiarz. – Jeden z grobów wygląda, jakby w nocy ktoś go rozkopał. A rano mój ojciec – powiedział i zerknął na Blanka, który stał w cieniu domu, aby Antoni nie spojrzał w jego oczy i nie rozpoznał w nim żniwiarza. – Znalazł naszego sąsiada martwego.
– Spokojnie, zajmę się nim – obiecał Antoni. – Nikogo już nie skrzywdzi. Gdzie dokładniej jest ten cmentarz?
Pierwszy wziął głęboki wdech – wyglądał jakby się zawahał.
– Trudno tam trafić – powiedział. – Zaprowadzę pana.
Antoni zastanawiał się przez chwilę.
– Dobrze – skinął głową. – Ale kiedy ci powiem, od razu wrócisz do domu.
Pierwszy skwapliwie pokiwał głową.
– Tato, zostań tutaj, zaraz wrócę. Mam taką nadzieję.
Blank odegrał rolę zmartwionego ojca i z udawanym przejęciem patrzył, jak Antoni uzbraja się przed potyczką z upiorem, a potem pomachał im na pożegnanie, gdy opuścili wieś.
– Mieszkasz tu? – zapytał po drodze Antoni.
– Nie, tutaj mieszka mój tata – odparł Pierwszy, nerwowo rozglądając się na boki. Zastanawiał się, czy nie powinien o coś się potknąć, ale uznał, że to już będzie przesada. – Ja mieszkam w Wiatrołomie. Stąd znam Feliksa i Magdę.
– To mówisz, że ile czasu już go nie ma?
– Ponad pół roku – odparł bez zająknięcia. – Magda naprawdę się martwi. Czy to prawda, że pewnego razu rzeczywiście może już nie wrócić?
– Tak, czasem zdarza się, że po wielu wcieleniach żniwiarz po prostu nie znajduje nowego ciała.
– Mam nadzieję, że to nie spotkało Feliksa. Naprawdę go tu potrzebujemy.
Antoni skinął głową. Pierwszy patrzył na jego skupioną twarz. Chyba się domyśla, że giną kolejni żniwiarze – pomyślał, zadowolony, że Antoni umrze jeszcze tej nocy.
– Cmentarz jest tam. – Wskazał przed siebie. – Stąd pan już trafi.
Antoni zapatrzył się na ciemny las.
– Nadal grzebią ludzi na tym cmentarzu? – zapytał, marszcząc brwi. – Wygląda na opuszczony.
– Oczywiście, że grzebią! – żachnął się Pierwszy. – To… do zobaczenia za chwilę. I powodzenia.
Obrócił się na pięcie i skierował z powrotem. Słyszał, jak Antoni drepcze w miejscu, jakby się zastanawiał, co robić, ale żniwiarz w końcu udał się w kierunku nekropolii.
Pierwszy przeszedł jeszcze kilka kroków, skręcił w las i – skradając się między drzewami – ruszył za Antonim. Kilka minut później, ukryty za grubym pniem, patrzył, jak Antoni krąży między starymi grobami i mruczy coś pod nosem.
To nie mogłoby być łatwiejsze – pomyślał, obserwując żniwiarza, który wszedł właśnie na pole krwi. Dość czekania!
Wyszedł zza pniaka i pokazał się Antoniemu.
– Co się tu dzieje? – zapytał ostro mężczyzna.
– Pewnie już wiesz, że nie ma tu żadnego upiora – powiedział Pierwszy.
Wyprostował się, jego głos zmienił się – stał się niższy, bardziej złowrogi – a w oczach zalśniło coś przerażająco pierwotnego. Antoni właśnie zdał sobie sprawę, że nie mogą one należeć zarówno do martwego, jak i żyjącego człowieka.
– Kim ty jesteś? – zapytał, cofając się o kilka kroków.
– Jestem Pierwszy.
Twarz Antoniego wyrażała najróżniejsze emocje, lecz już po chwili pojawiło się na niej zrozumienie.
– To ty, prawda? To przez ciebie giną kolejni żniwiarze! Z tyloma już straciłem kontakt! Feliks też?
– Nie, on jeden ma się całkiem dobrze. – Uśmiechnął się Pierwszy. – Jego zamierzam zostawić sobie na sam koniec.
Zza drzew zaczęli wychodzić wysocy, barczyści mężczyźni, okrążając Antoniego. Zalatywało od nich nadpsutym mięsem i mocnym dezodorantem.
Antoni gwałtownie rzucił się w bok na jednego z napastników. Zamachnął się długim gwoździem, który ściskał w dłoni, ale potępieniec uchylił się, uderzając żniwiarza pięścią w twarz. Antoni zatoczył się i spróbował zaatakować kolejnego mężczyznę. Tym razem udało mu się powalić go na ziemię, ale zaraz potem dopadło do niego dwóch kolejnych. Jednego dźgnął nożem, lecz drugi podciął mu nogi i Antoni wylądował na ziemi. Zanim się pozbierał, pozostali otoczyli go ciasnym kręgiem. Żniwiarz nie miał żadnych szans.
Pierwszy wyjął z kieszeni małą butelkę pełną brudnej cieczy i przeszedł między podwładnymi, stając twarzą w twarz ze swoją ofiarą.
– Dlaczego? – zapytał Antoni, na chwilę nieruchomiejąc.
– Wiesz, skąd się wzięli nawi? – zapytał nieco rozbawiony Pierwszy.
Żniwiarz pokręcił głową.
– Zaraz ci wszystko wytłumaczę. Lecz najpierw musisz to wypić. – Odkorkował butelkę. – Trzymajcie go – rozkazał swoim pomocnikom.
Silne ręce pochwyciły ramiona Antoniego w żelaznym uścisku. Ktoś złapał go za głowę i siłą rozchylił mu usta, po czym Pierwszy wlał do gardła Antoniego mętną ciecz.
Kilka chwil później Antoni leżał bez sił na ziemi, skulony niczym dziecko i jak przez mgłę słyszał dziwne wywody Pierwszego. Czuł się coraz słabszy, miał wręcz wrażenie, jakby dusza miała zaraz opuścić jego ciało. Powoli tracił kontrolę nad własnymi kończynami, a słuch i wzrok zaczynały go zawodzić. Potem usłyszał coś, co zapewne było egzorcyzmem, ale nie był już w stanie rozróżnić pojedynczych słów.
W końcu – po wydającej się trwać wieki udręce – Pierwszy przykląkł przy nim na ziemi. W ręku trzymał nóż. W jego ostrzu odbijały się płomienie poustawianych wokół świec.
– To już koniec twojej podróży – szepnął najstarszy ze żniwiarzy.
Jak mogłem tak łatwo dać się nabrać? – pomyślał Antoni, zanim skonał.