– A co się znowu stało?
– Wczoraj zjawiła się u nas inspekcja – powiedział. – Jeszcze przed śmiercią Benjamina. Pewnie to było nieuniknione. Kiedy dzieci umierają w szpitalu, ktoś w końcu musi złożyć skargę.
– Na jakiej podstawie? Oglądaliśmy karty tamtych dzieci. Nie było żadnych niedopatrzeń ze strony personelu.
– Owszem, i jeśli chodziłoby tylko o jedno czy dwójkę dzieci, nie mielibyśmy takich kłopotów. Ale departament zdrowia szuka wszelkiego rodzaju podejrzanych zbieżności. Kiedy urzędnicy dowiadują się o trzech czy czterech zgonach, które nastąpiły w identycznych okolicznościach, od razu zaczynają działać.
– Co w najgorszym przypadku może się zdarzyć? – spytała.
– Szpital może stracić certyfikat. Albo departament zdrowia odetnie fundusze MediCaid i MediCare. Jeśli do tego dojdzie, to po herbacie.
– Pewnie słyszałeś, że zgon Bena nastąpił w takich samych okolicznościach jak pozostałe.
– Tak – powiedział. – Zdaję sobie sprawę, że to nieodpowiednia pora na poruszanie takich spraw, ale czy rodzice zgodziliby się na przeprowadzenie sekcji zwłok dziecka?
– Boże, sekcja zwłok… Czy ten biedny dzieciak nie wycierpiał już dosyć za życia? Chciałbyś go jeszcze pokroić na kawałki?
– Morgan, nie mów tak. Przecież wiesz, że w sekcji nie o to chodzi.
– Jak bardzo to dla ciebie ważne?
– Wydaje mi się, że nie mamy nic do stracenia. – Wzruszył ramiona-
– A nuż coś znajdziemy…?
Morgan rozmyślała nad tym przez chwilę, po czym skinęła głową.
– Oby. Szkoda tylko, że nic nie wykryto u pozostałych dzieci. Może Benjamin by jeszcze żył. Dobrze – powiedziała. – Porozmawiam z nimi. Brad spojrzał na zegarek.
– Muszę wracać na oddział. Jak tam, widziałaś się z Hugh?
– Nie – odparła. – Wiesz, zaczynam nabierać przekonania, że miałeś rację. Może wreszcie zrozumiał, co chciałam mu powiedzieć.
Simon Crandall właśnie pracował, kiedy nadeszła przesyłka ekspresowa. Szybko otworzył paczkę wielkości listu; jak się okazało, zawierała małą kopertę z przezroczystego plastyku. Przeczytał dołączony do niej list od lekarza sądowego z Long Island, po czym wyjął pincetą kawałek papieru wielkości paznokcia stanowiący tło dla małego owada.
Był to chrząszcz, przedstawiciel rzędu Coleoptera. Crandalla uderzyło jego piękno. Był lśniący i czarny, z purpurowym paskiem przecinającym pancerzyk i wyraźnymi zielonymi plamami mającymi odstraszać potencjalnych napastników. Simon nie mógł sobie przypomnieć, by kiedykolwiek widział coś takiego.
Niemal na pewno był to chrząszcz padlinożerny, ale z jakiej rodziny? Łączył w sobie cechy Silphidae, Staphylindae i Carabidae. Posługując się zainstalowanym w mikroskopie nikonem, Simon zrobił kilka zdjęć, po czym zajrzał do kilku książek. Po piętnastu minutach miał parę hipotez, ale żadnej jednoznacznej odpowiedzi.
Crandall podejrzewał, że najlepiej będzie szukać jej za granicą. Brytyjczycy skrupulatnie katalogowali wszystkie owady zamieszkujące ich dawne imperium. Po półgodzinie, głównie dzięki brytyjskim stronom internetowym i księdze pod tytułem „Chrząszcze kontynentu afrykańskiego", Simon znalazł to, czego szukał.
Był to bardzo rzadki chrząszcz, pochodzący ze Wschodniej Afryki Równikowej. Nigdy nie widziano go poza tym obszarem. Znany jako Silphia Necrophila Tanzaniensis, miał dość niezwykłą dietę. W zależności od etapu rozwoju jego pożywienie stanowiły rozkładające się miękkie tkanki, gnój albo larwy. Z punktu widzenia ekologii był całkiem przydatny. Crandall ściągnął i wydrukował wszystkie informacje.
Nie wiedział, co o tym myśleć. Chrząszcze były bardzo wymagające, jeśli chodzi o pokarm. Te, które żyły w określonym klimacie, źle znosiły przeprowadzkę. Silphae, przyzwyczajone do afrykańskich tropików, raczej nie mogłyby dobrze się rozwijać w łagodnym klimacie wschodnich Stanów Zjednoczonych.
W takim razie, co jeden z nich robił w małym szkielecie znalezionym przy Long Island Expressway?
Ktoś musiał podjąć decyzję, co zrobić z ciałem Benjamina. Morgan obiecała Bradowi, że poprosi Hartmanów o zgodę na sekcję zwłok. Richard był w szpitalu przy córce, a Jennifer nie ruszała się z łóżka.
Leżała na boku, wpatrując się pustym wzrokiem w ścianę. Włosy opadały na poduszkę w posklejanych strąkach. Wyglądała, jakby nie myła się od dobrych kilku dni. Na stoliku przy łóżku leżał sandwicz w zatłuszczonym opakowaniu z napisem „Burger King". Jennifer miała nieobecny wyraz twarzy. Morgan usiadła na łóżku i odgarnęła siostrze włosy z czoła.
– Musisz coś zjeść, mała.
– Nic nie muszę.
– A Courtney? – spytała Morgan. – Nie zatroszczysz się o nią?
– Nie obchodzi mnie to. Nic mnie nie obchodzi.
– Do cholery, ale mnie obchodzi! – wybuchnęła Morgan, ale po chwili się opanowała. – Przepraszam. Nie chciałam na ciebie krzyczeć. Tyle że… jesteś moją młodszą siostrą i cokolwiek robiłam, zawsze miałam na uwadze twoje dobro. Czasami wstawiałam się za tobą, czasami wytykałam ci błędy. Na ogół jednak w końcu sama dochodziłaś do tego, co słuszne. A teraz… nie jesteś sobą.
– Nie rozumiesz, że cokolwiek zrobię, niczego to nie zmieni?
– Rozumiem tyle, że nie jesteś dziewczyną, którą do niedawna znałam P albo przynajmniej tak mi się wydawało. Na Boga, Jen, to, co spotkało ciebie i Richarda, jest straszne, ale co się stało, to się nie odstanie! Gdzie się podziała ta wojowniczka, którą kiedyś była moja siostra? Nie możesz tak dalej żyć, leżąc całymi dniami w łóżku, nic nie jedząc i użalając się nad sobą! Musisz pomyśleć o swojej córce! Jennifer zamknęła oczy.
– Nie próbuj budzić we mnie poczucia winy, Morgan. Jestem taka zmęczona.
Ręce Morgan drżały; ogarnął ją wielki niepokój.
– Coś ci powiem. Boję się, okropnie się boję, że coś złego może stać się Courtney. Zrobię wszystko, żeby zapewnić jej bezpieczeństwo, a Jennifer, którą kiedyś znałam, postąpiłaby tak samo.
Jej siostra nie odezwała się ani słowem.
– Na litość boską, Jen, przynajmniej daj się zawieźć do lekarza. Wiem, że w tej chwili jesteś w depresji, ale są leki, które mogłyby ci pomóc!
– Po co? Czy wrócą Benjaminowi życie?
– Nie, ale pomogą ci wstać z łóżka! Jeśli dalej będziesz tak się męczyć, nikomu w niczym nie pomożesz, a sobie tylko zaszkodzisz.
Jenifer znów nie odpowiedziała. Morgan ogarniał strach, smutek i bezsilność.
– Chcesz wiedzieć, czy zgodzę się na sekcję zwłok? – zapytała nagle Jennifer.
Morgan była zaskoczona. Skąd ona…? Zresztą, nie miało to znaczenia; może napomknął jej o tym Richard albo jakaś życzliwa pielęgniarka. A może Jennifer po prostu zgadła. Morgan była pewna, że j ej siostra wini siebie za to, co się stało, ponieważ opuściła swoje dziecko. Jak wybić jej z głowy to przekonanie…?
– To ważne, Jen. Nie tylko dla Bena, ale i dla ciebie, dla twojego spokoju ducha. Mogłoby to pomóc też innym dzieciom. A w głębi duszy wiem, że i mnie wiele to da, ponieważ coś mi mówi, że kiedy dowiemy się, co naprawdę spotkało Benjamina i pozostałe dzieci, odzyskam siostrzyczkę, którą znam i kocham.
Głos Jennifer był przytłumiony.
– Co za różnica? On nie żyje, zgadza się? Jeśli ktoś chce go kroić, mam to gdzieś.
Brad poprosił patologa, by go powiadomił, kiedy przystąpi do sekcji. Z niewiadomych przyczyn prośba ta dotarła do doktora Kornheisera dopiero wczesnym wieczorem. Brad właśnie jadł pizzę z Mikeyem, kiedy zapiszczał pager. Zostało mu za mało czasu, by zawieźć syna do domu, więc postanowił wziąć go ze sobą do szpitala.
Miał zamiar zostawić Michaela w bibliotece, ale na korytarzu natknęli się na Nbele. Na widok chłopca postawny mężczyzna, jak zwykle, przywołał na twarz szeroki, promienny uśmiech.
– Witaj, młody przyjacielu! – krzyknął. – Czyżbyś przejechał taki kawał drogi po to, żeby ograć mnie w piłkę?
– Kiedy do mnie przyjdziesz? – spytał Michael.