Литмир - Электронная Библиотека
Содержание  
A
A

Makabryczne wspomnienia Malarycznej Reginokracji wciąż były żywe. Kohnid uprawiało strategiczną grę, „hodując” anopheliusów jako udomowionych myślicieli. Zapewniali im takie warunki, aby mogli myśleć, ale nie mogli urosnąć w siłę ani uciec – nie chciano ryzykować ponownego wypuszczenia samic w świat. Przybysze z Gnurr Kett zamykali im dostęp do wszelkich informacji, które pozostawały pod ich kontrolą. Środkiem do tego celu było wprowadzenie i pielęgnowanie wysokiego kettai jako ich języka pisanego. Dzięki temu tutejsza nauka i filozofia znajdowała się w rękach tamtejszej elity, która miała prawie monopol na umiejętność czytania w tym języku.

„Układankowe elementy starożytnej techniki, którą posiadła rasa anupheliusów, jak również dzieła ich filozofów, muszą być zadziwiające, pomyślała Bellis – skoro ten niezwykły system wciąż trwa. Każda samheryjska wyprawa z Kohnid na wyspę przywoziła pewną ilość starannie wyselekcjonowanych książek i czasem zleceń”. „Jeśli przyjmiemy te założenia – pisał jakiś teoretyk z Kohnid – to przypomnimy sobie paradoks przedstawiony w poprzednim eseju, jak jest rozwiązanie następującego zagadnienia…” Ręcznie pisane prace anopheliusów, których autorzy przybierali pseudonimy pochodzące z języka kettai, płynęły w podróż powrotną z odpowiedziami na te pytania albo kwestiami stawianymi przez nich samych i były drukowane przez wydawców z Kohnid – za darmo. Czasami jakiś tamtejszy uczony podawał je jako swoje, podnosząc prestiż kanonu wysokiego kettai.

Ludzie-moskity zostali sprowadzeni do roli uczonych niewolników.

Miejscowe ruiny mieściły stare teksty, oczywiście w wysokim kettai, w którym ludzie-moskity umieli czytać, lub w martwych od dawna kodach, które pieczołowicie rozszyfrowywali. Dysponując dodatkowo książkami, które powoli napływały z Kohnid, oraz spuścizną pisarską ich przodków, prowadzili oni również własne badania. Niekiedy rezultat tej pracy wysyłali swoim panom w Kohnid. Zdarzało się nawet, że je publikowano.

Tak właśnie było z książką Krüacha Auma.

Dwa tysiące lat temu ludzie-moskity rządzili obszarami południowymi. Był to koszmar krwi, zarazy i monstrualnego pragnienia, na szczęście krótkotrwały. Bellis nie wiedziała, w jakim stopniu ich mężczyźni znają swoją historię, ale na pewno nie mieli złudzeń co do natury swoich kobiet.

„Ile kobiet zabiliście?” – napisał Crahn.

Kiedy Bellis po wahaniu napisała: „Jedną”, skinął głową i odpisał: „To nie tak wiele”.

W mieście nie obowiązywała żadna hierarchia. Crahn nie był władcą. Bardzo chciał jednak pomóc i udzielić gościom wszelkich potrzebnych im informacji. Przyjęli Armadyjczyków z grzeczną, wyważoną fascynacją. Była to reakcja flegmatyczna i refleksyjna, aby nie rzec abstrakcyjna, zdradzająca zupełnie obcy dla Bellis sposób funkcjonowania psychiki.

Ona natomiast pisała pytania Kochanki i Tintinnabuluma najszybciej, jak umiała. Nie dotarli jeszcze do najważniejszego tematu, czyli celu ich wizyty na wyspie, kiedy z drugiej sali, w której czekali ich towarzysze dobiegł ich jakiś harmider. Głośne wołania w sunglari i wykrzykiwane odpowiedzi w salt.

Stacjonujący na wyspie kupcy-piraci z Dreer Samher wrócili na swoje statki i odkryli obecność przybyszów. Do małego pomieszczenia wparadował krzykliwie odziany człowiek-kaktus, z którym szło dwóch jego niegdysiejszych ziomków, obecnie kaktusów armadyjskich, złorzeczących mu gniewnie po sunglaryjsku.

– Na słoneczne gówno! – wrzasnął w języku salt, którym posługiwał się z silnym akcentem. – Kto wy, kurwa, jesteście? – Ze złością wymachiwał potężnym kordelasem. – Ta wyspa należy do Kohnid i nie wolno tutaj przyjeżdżać. Jesteśmy tu ich przedstawicielami, upoważnionymi do ochrony ich terytorium. Podajcie mi jeden powód, dla którego nie miałbym kazać was zabić na miejscu.

– Proszę pani, to jest Nurjhitt Sengka, kapitan „Sercopyłu Tetneghi” – powiedział jeden z armadyjskich ludzi-kaktusów, machając ze znużeniem dłonią tytułem prezentacji.

– Miło pana poznać, panie kapitanie – powiedziała Kochanka, podchodząc ku niemu. Uther Doul podążał za nią jak cień. – Musimy porozmawiać.

Sengka nie był zwykłym piratem, lecz posiadaczem listu kaperskiego Dreer Samher. Regularna służba na wyspie była monotonna, łatwa i nudna: nic się nie działo, nikt nie przypływał, nikt nie odpływał. Co miesiąc, dwa czy sześć z Kohnid lub Dreer Samher zawijała nowa misja z ładowniami pełnymi trzody dla kobiet-moskitów, plus może jakimś przypadkowym wyborem towarów dla mężczyzn. Nowa załoga luzowała znudzonych rodaków, którzy odpływali, żeby pohandlować zdobytymi błyskotliwymi esejami i materiałem naukowym z odzysku.

Pełniącym tutaj służbę Samheryjczykom czas schodził na kłótniach, bójkach, hazardzie, ignorowaniu kobiet-moskitów i odwiedzaniu mężczyzn tylko celem zaopatrzenia się w żywność i niezbędne wyposażenie. Ich oficjalnym zadaniem było kontrolowanie dopływu informacji na wyspę, stanie na straży czystości języka, której Kohnid zawdzięczało swoją hegemonię – jak również uniemożliwianie ludziom-moskitom ucieczek.

Zupełnie niedorzeczna lista obowiązków. Na wyspę nikt nie przybywał. Niewielu marynarzy o niej wiedziało. Z rzadka trafiał tutaj jakiś zabłąkany statek, ale nie mającą o niczym pojęcia załogę czekała szybka śmierć z rąk wyspiarskich kobiet.

I żadni z anopheliusów nie opuszczali wyspy.

Oficjalnie zatem obecność przybyszów z Armady na wyspie była zakazana w ramach umowy pomiędzy Dreer Samher a Kohnid. Posługiwano się przecież wyłącznie wysokim kettai i Armadyjczycy nie przywieźli żadnych towarów na handel. Ale wizyta obcych ludzi którzy potrafili porozumiewać się z tubylcami, była bezprecedensowa.

Sengka rozglądał się dokoła furiackim wzrokiem. Kiedy zdał sobie sprawę, że ci pomyleni intruzi pochodzą z Armady, tajemniczego nautycznego miasta, wybałuszył oczy. Zachowywali się jednak uprzejmie i najwyraźniej bardzo pragnęli się wytłumaczyć. I chociaż rzucał swoim niegdysiejszym rodakom-kaktusom gniewne spojrzenia, syczał do nich obelgi, nazywał ich zdrajcami i pozorował lekceważący stosunek do Kochanki, słuchał, co miano mu do powiedzenia, i pozwolił się zaprowadzić z powrotem do sali, w której czekało szefostwo armadyjskiej wyprawy.

Kochanka, strażnicy-kaktusy i Uther Doul odstąpili do tyłu, u boku Bellis stanął zaś Tintinnabulum. Swoje długie, siwe włosy zebrał w koński ogon, a jego potężne barki i ramiona zasłaniały Bellis i pozostałe osoby.

– Nie przerywaj teraz – mruknął. – Przejdź do sedna sprawy.

„Crahn” – napisała.

Absurdalność tego wszystkiego wprawiła ją w krótką histerię. Wiedziała, że gdyby wystawiła nos na zewnątrz, groziłaby jej natychmiastowa i nieprzyjemna śmierć. Żarłoczne kobiety-moskity w miarę szybko by namierzyły taki worek pełen krwi jak ona. Zwęszyłyby ją i wyssały do ostatniej kropli, wydrenowałyby ją z taką łatwością jakby odkręciły kurek.

A przecież w tych murach ochronnych, zaledwie godzinę po rzezi na szlaku znad morza – wciąż miała w oczach trupa kobiety-moskita rozbryzganego na skórze i kościach wydrenowanych zwierząt – zadawała uprzedzająco grzecznemu gospodarzowi pytania w martwym od stuleci języku. Pokręcił głową.

„Szukamy jednego z waszych ludzi” – napisała.

„Potrzebujemy z nim porozmawiać. To sprawa ogromnej wagi. Zna pan niejakiego Krüacha Auma?”

„Aum – odpisał, dokładnie w tym samym tempie i z identycznym zainteresowaniem czy brakiem zainteresowania – który myszkuje po starych ruinach za starymi księgami. Wszyscy znamy Auma. Mogę wam go przyprowadzić.”

73
{"b":"101386","o":1}