Литмир - Электронная Библиотека
Содержание  
A
A
***

Wyprawa z Plaży Maszyn do miasteczka ludzi-kaktusów była koszmarem. Z perspektywy dni i tygodni Bellis nie umiała ułożyć wydarzeń w żaden spójny łańcuch. W jej wspomnieniach nie było porządkującego wymiaru czasu, tylko wycinki obrazów pozlepiane w coś na kształt majaku sennego.

Upał tworzy w powietrzu wokół niej zakrzepy, zatyka jej pory skórne, oczy i uszy. Wszędzie unosi się gęsta woń zgnilizny i żywicy Roi się od insektów, kąsających i liżących. Bellis wręczono skałkówkę, którą, o ile pamięta, trzymała na wyciągnięcie ramienia, jakby to było śmierdzące jajo.

Idzie jak krowa w stadzie, człapie noga za nogą razem z innymi pasażerami – kolce jedynego uczestniczącego w wyprawie hotchi naprężają się i rozluźniają z nerwową naprzemiennością, głowonogi kheprich podrygują – otoczonymi przez tych, których fizjonomia zapewnia im bezpieczeństwo: ludzi-kaktusów i strupodziejów, ciągnących za sobą na smyczach świnie i owce. Ci pierwsi bezkrwiści, ci drudzy tak obficie wypełnieni krwią, że to ich chroni. Są też uzbrojeni w karabiny skałkowe i kuszarpacze. Jedyny człowiek wśród strażników to Uther Doul. W obu rękach niesie broń. Bellis gotowa jest przysiąc, że za każdym razem, gdy na niego patrzy, widzi w jego dłoniach coś innego: nóż i nóż, pistolet i nóż, pistolet i pistolet.

Spogląda na porośnięte pnączami skały i w szczeliny między nimi, w głąb lądu, nad zboczami zieleniącymi się gęstym listowiem i stawami wypełnionymi cieczą, która sprawia wrażenie gęstej jak smarki. Słyszy dźwięki. Jakieś ruchy pośród listowia, nic groźniejszego. Ale potem wybucha straszliwy skowyt, nie sposób określić, skąd dochodzący, jakby samo powietrze było bólem.

To ten dźwięk był wszechogarniający i szczelnie ich otulający.

Bellis i jej sąsiedzi wpadają na siebie, niezdarni z przerażenia, zmęczenia i gorąca, rozglądają się na wszystkie strony i widzą pierwsze oznaki ruchu, kształty mknące zygzakiem między drzewami niby niesione przez wiatr drobiny kurzu – coraz bliżej i bliżej, niestabilna mieszanina przypadkowego ruchu i złych zamiarów.

A potem pierwsza z anophelii biegiem wyskakuje zza osłony drzew.

Wygląda jak kobieta zgięta wpół, a potem jeszcze raz, jakby miała kości z gumy, poskręcana i pozwijana w postawie, z którą coś jest nie w porządku. Szyja za bardzo wykręcona, długie, kościste ramiona odrzucone do tyłu jak zwoje drutu, ciało robaczobiałe, wielkie oczy otwarte bardzo szeroko, totalnie wygłodzone, piersi podobne do puch bukłaków. Nogi poruszają się obłąkańczo szybko, kobieta biegnie i upada, ale nie uderza o ziemię, dalej sunie ku nim tuż nad ziemią, ramiona i nogi podrygują drapieżnie, i nagle – na wszystkich bogów jebniętego Jabbera – na plecach otwierają się skrzydła i unoszą jej ciężar, gigantyczne, opalizujące skrzydła moskita trzepoczą z tym wibrującym skowytem, tak szybko, że ich nie widać, przez co ta potworkowata kobieta zdaje się niesiona ku nim na poduszce mętnego powietrza.

To, co się za chwilę wydarzyło, raz po raz nawiedzało Bellis we wspomnieniach i snach.

Spozierając wygłodniałym wzrokiem, kobieta-moskit otwiera usta, odciągając wargi od bezzębnych dziąseł, i pluje śliną. Charczy, a z ust wyskakuje jej mokra od plwociny długa na trzydzieści centymetrów kłujka.

Wyskakuje organicznym ruchem, kojarzącym się z wymiotowaniem, ale jest nieodparcie i rozstrajająco seksualna. Nie sposób pojąć, jak zmieściła się w jej głowie i jakim sposobem przeszła przez gardło. Kobieta frunie ku nim na rozwrzeszczanych skrzydłach, po czym ze ściółki wynurzają się inne.

Wspomnienia rozmazują się. Bellis była pewna, że nie uroiła sobie tego, co widziała, ale kiedy o tym wspominała, nagłość obrazów nigdy me przestawała jej szokować. Przejęta zgrozą ekspedycja o mało nie idzie w rozsypkę i padają strzały, niebezpiecznie na oślep; Doul warczy gniewnie: „Wstrzymać ogień!”.

Bellis widzi, jak pierwsze kobiety-moskity omijają ludzi-kaktuów, nie są nimi zainteresowane. Kierują się ku strupodziejom, lądują na nich, a ci umięśnieni mężczyźni tylko nieznacznie się uginają pod ciężarem pozbawionych tłuszczu skrzydlatych kobiet. Podobnymi do włóczni wypustkami ust dźgają strupopancerze, ale nie potrafią ich przebić. Bellis słyszy trzask zrywanych smyczy: przerażone świnie i owce rozbiegają się, ciągnąc za sobą trop gówna i pyłu.

Kobiet-moskitów jest już kilkanaście. „Tak wiele tak szybko”. Po ucieczce świń i owiec natychmiast kierują się ku tej łatwiejszej do upolowania zwierzynie. Wzlatują na cienkich skrzydłach, głowy mają pochylone, biodra i kończyny zwisają luźno, ręce dyndają w powietrzu niby pajacyki podwieszone do wydłużonych kości barkowych. Z ciemną kłujką wciąż mokrą i wystawioną spadają na przejęte zgrozą zwierzęta. Łatwo je doganiają, zastawiają drogę i rozczapierzonymi palcami chwytają za sierść czy runo i skórę. Bellis patrzy – pamięta i cały czas szła tyłem, niefachowo, potykając się o stopy sąsiadów, ale siłą przerażenia utrzymała się na nogach – struchlała i zahipnotyzowana, jak pierwsza z nich przystępuje do jedzenia.

Kobieta-moskit siada okrakiem na ogromnej maciorze, oplata ja kończynami, jakby to była jej ukochana pluszowa zabawka. Odchyla głowę do tyłu i długa kłujka wysuwa się jeszcze kilka centymetrów gładka jak bełt do kuszy. Nagłym ruchem wbija ją w ciało zwierzęcia.

Świnia bez końca kwiczy rozdzierająco. Bellis wciąż patrzy; nogi oddalają ją od tego widoku, ale oczy pozostają desperacko w nim utkwione. Nogi świni ustępują pod nią kiedy skóra zostaje przebita, kiedy piętnaście, dwadzieścia pięć, trzydzieści centymetrów chityny z łatwością pokonuje opór skóry i mięśni, aby przeniknąć do najgłębszych części układu krwionośnego. Kobieta-moskit siedzi na powalonym zwierzęciu, wpycha w nie usta, boruje kłujką, napręża ciało – przez cienką skórę widać każdy mięsień, ścięgno i żyłę – i zaczyna ssać.

Świnia jeszcze przez kilka chwil wydaje z siebie przeraźliwe dźwięki, po czym głos odmawia jej posłuszeństwa.

Jest coraz chudsza.

Bellis widzi, jak świnia się zmniejsza. Skóra zaczyna się marszczyć. Usta kobiety nie wypełniają wybitej w skórze dziury z idealną szczelnością, toteż sączą się z niej strużki krwi. Bellis nie może uwierzyć własnym oczom, ale wyobraźnia nie płata jej figli – świnia się kurczy. Wierzga ze spazmatyczną zgrozą, a potem z dygotem obumierających nerwów, kiedy w skrajnych punktach ciała nie ma już krwi. Tłuste boki zapadają się, gdy wnętrzności nagle zmniejszają objętość. Skóra jest teraz mocno pofałdowana, całe ciało pokrywają grzbiety i wąwozy. Uchodzi z niej kolor.

Uciekając ze świni, krew i zdrowie przechodzą z niej na kobietę-moskita.

Tej z kolei brzuch pęcznieje. Wpiła się w świnię jako wychudzona niedożywiona skorupa. Im świnia jest mniejsza, tym ona jest wiek rośnie w niesamowitym tempie, rumianość rozlewa się od puchnącego żołądka po całym ciele. Kobieta siedzi na zdychającym zwierzęciu. Wraz z sytością przychodzi na nią ociężałość.

Bellis patrzy z chorobliwą fascynacją, jak całe kwarty świńskiej tkanki mkną przez kościstą kłujkę, przepływając z jednego ciała do drugiego. Świnia zdycha, pobrużdżona skóra tworzy nowe doliny między kośćmi a wydrenowanymi mięśniami. Anophelia jest gruba i różowieją jej ramiona i nogi niemal podwoiły swój obwód, a skóra naciągnęła się. Spęcznienie ogranicza się przede wszystkim do piersi, brzucha i tyłka, które są teraz otyłe, ale nie miękkie jak u tłustego człowieka. Wyglądają rakowato: naprężone, nabrzmiałe krwią narośle.

W całej przełęczy ten sam los spotyka inne zwierzęta. Niektóre dosiada jedna kobieta, niektóre dwie. Wszystkie się kurczą, jakby słońce je wysuszyło, a wszystkie anophelie robią się wielkie i ciasno wypełnione krwią.

Wydrenowanie świni z całej krwi zajęło pierwszej kobiecie-moskitowi półtorej minuty. Bellis nie umiała się otrząsnąć ze wspomnienia tego widoku i wydawanych przez samicze stworzenie odgłosów zadowolenia.

71
{"b":"101386","o":1}