Литмир - Электронная Библиотека

Worów nie zauważyłam, ale przecież ona wie lepiej.

Wszystko, co żywe, zabierało się do przekwitania, to pewno ostatnie ciepłe dni, więc najpierw poszłyśmy na długi spacer. Kiedy wychodziłyśmy, brama skrzypnęła. Ula wychyliła głowę i krzyknęła:

– Cześć, Jutka!

Tylko Ula może do mnie tak mówić. I Adam.

Ela wydęła usta i powiedziała:

– No cóż, mieszkanie na wsi ma złe strony, wszyscy cię śledzą.

Jakoś nie wpadło mi do głowy, że jestem śledzona, raczej był to dowód uprzejmości. Ale milczałam.

Las buchał wszystkimi zapachami nadchodzącej jesieni, byłam zachwycona. Wysłuchiwałam jej zwierzeń, bo taki jest los kobiet, idąc przez las brzozowy, sosnowy, łąki i piasek, mówią – co tu gadać – o chłopach. W miarę upływu czasu jej mąż okazywał się człowiekiem pozbawionym skrupułów, czci, wiary, pieniędzy, zaradności, a nade wszystko odrobiny zrozumienia. Nie to co Adam! Od czasu do czasu rzucałam zdania w rodzaju: na lewo, bo łąka podmokła, lub: teraz na prawo, bo dojdziemy do szosy.

Byłam pełna współczucia. Wróciłyśmy do domu, zjadłyśmy obiad, słońce zachodziło za brzozami. Zaplątana w trawie żaba myknęła do wody, kot z olbrzymim rozczarowaniem w oku łapał motyle, a Ela, siedząc w ogródku, popatrzyła w dal i powiedziała:

– Tak, mimo tych wad, o których mówisz, to miejsce ma urok.

Zatkało mnie. To mało, zamurowało mnie całkiem na czas jakiś. Potem wykrztusiłam:

– Ja coś podobnego mówiłam?

I dowiedziałam się, że ona wie, jak mi ciężko mieszkać w miejscu, gdzie się wszyscy znają i śledzą nawzajem. I wszyscy naokoło wiedzą, kto wchodzi i kto wychodzi z mojego domu, że laski może i ładne, ale przecież sama mówiłam, że podmokłe – znaczy niezdrowe – można nawet powiedzieć: malaryczne, że zresztą jaki to las, jak szosa niedaleko, że tu musi być mnóstwo komarów, skoro woda, bo ta żaba to do wody. I ogólnie zgadza się ze mną, że nie jest dobrze.

Zabrakło mi cierpliwości i powiedziałam, że słuch ma wybiórczy. A potem pomyślałam ze współczuciem o jej mężu. Zapytałam, czy rzeczywiście taki on niedorajda i ciamajda. Jakże się oburzyła! Że nic podobnego nie mówiła. Potem wspomniałam o jej worach pod oczyma. Powiedziała, że jestem nieuprzejma, i prawie się obraziła. Zapytałam, czy pamięta, że jej powiedziałam, że ślicznie wygląda. Nie pamiętała. Bo nie usłyszała. A jej mąż jest wspaniały, po prostu wspaniały!

Ale zamiast się pokłócić doszłyśmy wreszcie do wniosku, że mamy uszy długie, wyczulone na każdą zmianę tonu głosu, a nade wszystko ucho, któremu łatwiej przyswajać rzeczy niemiłe niż miłe. Do dobrego tonu należy wychwycić w rozmowie z kimś rzecz złą, kompromitującą, pominąć komplementy, uprzeć się przy tym jednym fakcie i na nim budować swoją niechęć do świata.

Tosia, jak była malutka, tak się ucieszyła, jak powiedziałam kiedyś: „Co na środku kuchni robi ta kupa klocków?” Ogłosiła to przy stole świątecznym, zanosząc się śmiechem, nie muszę dodawać, że u teściów:

– Myśmy miały na środku kuchni kupę i mama weszła i powiedziała: co robi ta kupa na środku?

W ten sposób mój przepiękny las będzie tylko podmokły i malaryczny, żaba, która wskoczy do wody, nie będzie oddechem wszechświata, tylko śliskim stworzeniem wskakującym do wylęgarni komarów, a każdy mąż będzie fatalny. Ale jeśli jej tak słucham, to może słucham tak wszystkich? Ten biedny Adam może ma ze mną krzyż pański? Czyżbym ja się w ogóle nie cieszyła? Tylko szukała dziury w całym?

Kiedy odprowadzałam ją na stację, znad pól wstawała lekka mgła. Skrzypnęła furtka. Ela pomachała w stronę Uli i krzyknęła:

– Do widzenia! – A potem powiedziała: – Ty to masz fajnie, wszyscy się znają. – A potem powiedziała: – Jak tu pięknie.

46
{"b":"88042","o":1}