Литмир - Электронная Библиотека

Jak śmiesznie drepce w kółko ten poczciwy świat, pomyślał Sloth. Przynajmniej pod pewnymi względami.

– Masz rację, Sloth. Nie opowiedziałem o wszystkim. Są w naszym współczesnym świecie problemy, trudności…

– Nawet walka. Mimo powszechnego rozbrojenia.

– Skąd wiesz?

– Zło żywi się dobrem. W dobrym świecie zło musi się wcześniej czy później zalęgnąć, jak myszy w pełnym spichlerzu.

– Powiedziałbym nawet, że zło rodzi się z dobra. Dlatego nie sposób go wyplenić. To szczególny rodzaj samorództwa – westchnął Bernt. – Naszym największym problemem jest teraz zwykły, bezsensowny terroryzm. Socjolodzy twierdzą, że jest on konsekwencją naszych z gruntu dobrych zasad społecznych i to czyni walkę z nim tak trudną i właściwie beznadziejną.

– A ty zgadzasz się z socjologami? – Sloth odwrócił się gwałtownie w stronę generała.

– Widzisz… Nie można zaprzeczyć pewnym oczywistym… prawidłowościom – powiedział Bernt powoli cedząc słowa. – Mechanizm zjawiska można przedstawić w uproszczeniu następująco: kiedy system społecznej kontroli nad władzą udoskonala się do tego stopnia, że żaden karierowicz, człowiek bez kwalifikacji, dureń czy złodziej nie może ani przez chwilę utrzymać się na kierowniczym stanowisku – powstaje natychmiast społeczna klasa tych właśnie odrzuconych, pozbawionych szansy realizacji swych ambicji. Piastowanie kierowniczych stanowisk daje – siłą rzeczy – pewne przywileje, korzyści, osobiste wygody. Dopóki jednak społeczeństwo uznaje przydatność wyłonionych spośród siebie przywódców, dopóki akceptuje ich kierowniczą rolę – godzi się także, w pewnych granicach, na ich uprzywilejowany status społeczny. Zwłaszcza że odwołany ze stanowiska wraca do normalnego, przeciętnego bytowania wśród reszty obywateli. W takim systemie człowiek nieuczciwy, nawet jeśli uda mu się prześlizgnąć na kierowniczą pozycję, nie przetrwa na niej długo. Nasza konsekwentna polityka społeczna pozbawia szans przewodzenia dość liczną klasę obywateli, którzy w innym, mniej doskonałym systemie czuliby się jak ryby w wodzie. Cóż im pozostaje? Bezsilna złość lub zorganizowana walka z systemem. Systemu takiego jak nasz nie da się pogorszyć stopniowo. Konieczny jest frontalny, zmasowany atak, pełna destrukcja systemu, doprowadzenie do chaosu, z którego może wyłonić się zupełnie inna forma władzy, oparta na przemocy i braku wszelkich skrupułów wobec społeczeństwa.

– Na planecie Ksi mieliśmy właśnie do czynienia z czystym, laboratoryjnym niemal przypadkiem takiego działania – wtrącił Sloth. – Ale było to możliwe tylko przy pełnej izolacji tej małej społeczności i braku możliwości przeciwdziałania.

– Wbrew pozorom, na Ziemi terroryzm ma również dość dobre warunki działania. – Bernt uśmiechnął się smutno. – W dobrobycie i względnym spokoju społeczeństwo szybko się dezintegruje, rozbraja, rozpada na jednostki, które trudno zmobilizować do wspólnych akcji. Dlatego każda zorganizowana grupa, choćby niewielka, staje się istotną siłą, zdolną do skutecznych działań. To daje szansę terrorystom w naszych, ziemskich warunkach.

– Sądzę, że macie tutaj jakichś… specjalistów od zwalczania terroryzmu?

– Całą armię! – Generał wskazał dłonią w stronę plaży. – To jedyny sposób na zachowanie równowagi. Popatrz! Co najmniej jedna trzecia spośród tych młodych ludzi w kolorowych majtkach to nasi agenci. Tutaj, w ośrodku, jest ich szczególnie dużo, bo oprócz pełniących służbę są także wypoczywający lub szkolący się funkcjonariusze Bezpieczeństwa Lotów. Terroryści lubią szwendać się w okolicach portów kosmicznych, podobnie jak ongiś byli plagą dworców i linii lotniczych. Dlatego mamy, oprócz ogólnoświatowej służby policyjnej, także specjalne oddziały antyterrorystyczne na kosmodromach.

Sloth nalał sobie pół szklanki musującego napoju i wrzucił do niego kilka koste"k lodu. Przez chwilę patrzył w zamyśleniu na bąbelki gazu strzelające nad powierzchnię płynu. Poczuł nagle nieodpartą chęć wyłączenia się ze wszystkich spraw mających związek z kosmosem, terroryzmem, społecznymi problemami Ziemi i innych planet…

Cóż mnie obchodzi ten cholerny świat, który ze zmiennym szczęściem, trwa tutaj od wieków, bez mojej pomocy? pomyślał z nagłym uczuciem znużenia. To nie są moje kłopoty, ja wyłączyłem się, czy może mnie wyłączono z tego świata już sto kilkadziesiąt lat temu, a jeśli jestem do czegoś potrzebny, to nie tutaj… Jeśli jednak tu zostanę, nie przydam się wprawdzie już na nic, ale za to zdążę jeszcze odrobić wszystkie lata zmarnowane na kosmiczynch szlakach, na monotonnych wachtach we wnętrzu statków pędzących przez morza pustki, na powierzchni obcych, martwych globów…

Wielokrotnie zastanawiał się nad motywami swojej młodzieńczej decyzji wybrania zawodu kosmicznego pilota – i zawsze dochodził do tej samej myśli, tkwiącej u podstaw wyboru. To nie obce planety go pociągały, to nie ciekawość innych światów, nie pasja dalekich podróży. Od dwudziestego trzeciego roku życia, gdy otrzymał pierwszy przydział do załogi kosmicznego pojazdu, Sloth nieustannie uciekał przed światem sobie współczesnym, uciekał przed nieuchronnością przemijania razem z nim. Pragnął przeżyć ten świat, oszukać upływ czasu, boleśnie dotykający tego wszystkiego, z czym człowiek wiąże się na stałe: osobistych pamiątek, domów, miast, kobiet… W rezultacie, ze stu siedemdziesięciu ośmiu lat swego istnienia, na Ziemi spędził mniej niż trzydzieści – dzieciństwo, studia i… krótkie przerwy między kolejnymi podróżami; kilkanaście lat pochłonęły kosmiczne wachty i pobyt na planetach paru układów gwiezdnych; reszta – to były długie przerwy w życiorysie: hibernacje, anabiozy, stany biostatyczne. Właściwie nie miało to sensu, skonstatował, nie po raz pierwszy zresztą. Uciekłem tylko przed ludźmi. Moi rówieśnicy i późniejsi przyjaciele nie istnieją, a świat, powtarzający wciąż te same ograne schematy w coraz to nowych dekoracjach, czeka tylko, bym wreszcie przylgnął do niego i wtopił się w nieubłagany strumień przemijania. Ale ja się jeszcze nie dam!

– Powiedziałeś: bezsensowny, bezideowy terroryzm. Czy nie tkwi tu błąd, który podważa skuteczność zwalczania tego zjawiska?

Generał przeniósł spojrzenie z horyzontu na twarz Slotha.

– Wiem, co masz na myśli. Gdy mówiłeś o mafii, kierującej rebeliantami z Ksi, także zacząłem się nad tym zastanawiać! Można by rzeczywiście założyć, że poszczególne akty terroru – tu, na Ziemi i gdziekolwiek – nie muszą być dziełem niezależnych sił. Wykonawcy są różni, lecz inspiracja może pochodzić z jednego lub kilku silnych, dobrze zorganizowanych centrów kierowania. Cele wykonawców są mniejsze i bardziej trywialne, lecz w sumie zbieżne z dalekosiężnymi celami inspiratorów. Szeregowy terrorysta ma niewiele czasu, spieszy się, działa intensywnie, by osiągnąć swój partykularny, ograniczony cel w ograniczonym okresie swego życia. Jego mocodawca nie musi działać pochopnie, może zapoczątkowywać długotrwałe procesy stopniowej destrukcji społeczeństwa, może kruszyć system społeczny powoli, małymi krokami, formować samoewoluujące struktury wrogie temu systemowi.

– Musicie uderzyć w ośrodki dyspozycyjne. Bez tego wszystkie wysiłki będą daremne.

– To wymaga czasu i przygotowań. A przede wszystkim. – zlokalizowania tych ośrodków! Tymczasem jednak trzeba konsekwentnie walczyć z objawami. Planeta Ksi jest jednym z nich.

– Kiedy myślę o tym, co się stało na Ksi, utwierdzam się coraz bardziej w przekonaniu, że starzec z „Alfy" miał rację. Buntownicy byli tylko narzędziem, tępawym zresztą, w cudzych rękach. Pomyśl: jak precyzyjnie musiała być przygotowana operacja przejęcia kontroli nad konwojem! Trzeba było przemycić dziesięciu spiskowców do zespołu osadników, których przecież selekcjonowano bardzo dokładnie. A ponadto – jednego jeszcze wcisnąć do załogi konwoju. Tego nie mogli zorganizować samodzielnie ci sami prymitywni ludzie, którzy potem, po przejściu władzy, zupełnie nie potrafili poradzić sobie ze społeczeństwem inaczej, jak tylko metodami przymusu i represji.

38
{"b":"100712","o":1}