Литмир - Электронная Библиотека
A
A

– I co dalej?

– Nic. Rita nie dojechała do Brzegu. Mniej więcej na wysokości Oławy przypadkiem zastrzelił ją w pociągu pijany żołnierz. Gościa skazano na KS, wyrok wykonano w 1944. Niczego więcej o tej sprawie nie wiemy.

– Coś za dużo tu przypadków – mruknął Wasilewski.

– Też tak myślę – zgodził się pułkownik.

– A do czego pan zmierza?

Waśków wyjął z kieszeni kolejny kartonik. Długą chwilę trzymał go w dłoni, a potem położył na metalowym stoliku.

– To jest właśnie Rita Lausch.

Wasilewski wziął do ręki legitymacyjne zdjęcie. Znał tę kobietę! Ale nie w ohydnym, faszystowskim mundurze, jak tutaj. Znał ją, na pewno! Boże, to jest ta mglista postać, którą usiłował sobie przypomnieć. Żeby tylko pamiętać skąd. Skąd ją znał?! Dlaczego ją kochał?! No przecież musi sobie przypomnieć!!!

Pułkownik Waśków obserwował zmiany na jego twarzy. Pociągnął łyk piwa, zapalił papierosa. Wokół panowała idealna cisza.

– Czy… Czy pan chce mnie o coś oskarżyć? – spytał po dłuższej chwili Wasilewski.

– O co?

– No, nie wiem. Przecież w jakimś celu prowadzi pan tę rozmowę.

Waśków uśmiechnął się smutno.

– Taaak. Oskarżyć pana? Że był pan agentem obcego wywiadu w Breslau, w roku 1943? Jeśli nawet, przy całej fantastyczności założenia, to wtedy byłby pan i tak naszym sojusznikiem, więc raczej trudno o jakiekolwiek oskarżenia.

– O co panu w takim razie chodzi?

– Chciałbym wiedzieć nad czym ślęczy od wielu tygodni Alek Mierzwa. Co jest grane?

– Ja panu nie wyjaśnię.

– A ten dziwny napis? „Spotkajmy się za sto lat”?

– Przepraszam. Ja jestem wariatem. Jestem nienormalny. Mam schizofrenię! Proszę się skontaktować z moim psychoanalitykiem.

– Bardzo wygodne tłumaczenie.

– To nie jest „tłumaczenie” – Wasilewski zdenerwował się nagle. Nie mógł sobie poradzić ze swoim wnętrzem, buzowało mu w głowie. – Nie wiem, o co panu chodzi!

– No taaaak… – pułkownik skrzywił się lekko. Chciał powiedzieć coś jeszcze, ale po sekundzie zrezygnował. – Czy podwieźć pana do samochodu, który zostawił pan na podjeździe?

– Byłbym zobowiązany.

Waśków otworzył pancerne drzwi, przepuścił Wasilewskiego przodem i wskazał drogę do samochodu terenowego, pomalowanego w barwy ochronne. Żołnierz za kierownicą włączył starter.

– Ciekawi mnie jedna rzecz, wie pan?

– Jaka?

Pułkownik wskazał mu miejsce w samochodzie. Wyjął z kieszeni nadpaloną kartkę z niemieckich akt. Wyraźnie widać było faszystowskie insygnia.

– Dlaczego w roku 1943 Rudi Schenck nagle zaczął się uczyć języka polskiego?

Następny dzień był koszmarny. Jakieś spotkania, rozmowy w interesach, brednie, bzdury, ble, ble, ble… Co gorsza, Wasilewski był niewyspany, właściwie to w ogóle nie położył się do łóżka. Podpuchnięte oczy piekły lekko, nie mógł jednak wrócić do mieszkania. Ani chwili nie mógłby wytrzymać sam, zamknięty w pięknie urządzonym domu. Jakiś ślad instynktu samozachowawczego powstrzymywał go od tego. Ciekawe, jak mógł skończyć? Z kablem od odkurzacza zawiniętym wokół szyi i… I co? Skok z balkonu na dwumetrowym przedłużeniu? Nie, nie. Był wariatem, był schizofrenikiem, ale nie był nienormalny. Ha, ha, ha! Wiedział, że jeśli zamknie się sam wśród czterech ścian, z telewizją jako towarzyszką życia, to szybko skończy na dwumetrowym kablu, wprawiając w szok sąsiadów, którym dyndający za oknem trup może przeszkodzić w kolacji. Wariował. I to wyraźnie. Coś było nie tak. Usiłował przypomnieć sobie Ritę Lausch, ale w jego wspomnieniach ona nazywała się jakoś inaczej. Jezu! Jaką Ritę?! Przecież nie mógł żyć w czterdziestym trzecim! Nawet jako wariat. To po prostu niemożliwe!

Gdy zapadł zmierzch, udał się na Nowy Targ i wszedł do niemieckiego bunkra, ukrytego pod powierzchnią placu. „Strefa Radia Kolor” – głosił napis nad betonowymi schodami. Teraz był tu klub z dyskoteką. Żelbetowe ściany gwarantowały, że żaden rozrywający uszy dźwięk nie zburzy spokoju mieszkańców okolicznych domów. Kapela rżnęła na takim wzmocnieniu, że nie można było usłyszeć własnych myśli. I o to chodziło, mniej więcej. O to chodziło. Minął toalety, plastikowe, przezroczyste drzwi. Ochrona zmierzyła go znudzonym wzrokiem, na podłodze są kafelki…

Boże! Skądś wiedział, że kiedyś w podziemiach była brukowana ulica, granitowe krawężniki i zbrojony beton. Że kiedyś na powierzchni strzelano z dział, a tu był szpital i skład amunicji. Bomba fosforowa… Potem, w latach sześćdziesiątych, straszono dzieci, sprowadzając je do bunkra i gasząc znienacka światło, a wtedy fosfor, który wżarł się w ściany, zaczynał świecić. Dzieci płakały ze strachu, a robotnicy rechotali, śmiejąc się z doprowadzonych do amoku cudzych pociech. Nie, nie, nie! To tylko jakieś aberracje umysłowe, musiał czytać o tym w jakiejś książce! Hmmm… A jednak nie. Wyraźnie pamiętał brukowaną ulicę pod ziemią. Dobrze, słyszał o tym jako dziecko. Słyszał o tym. Może raz był w tym miejscu. Może raz. I może nawet się rozpłakał. Albo widział kolegę, który się pobeczał. Stąd, z lat sześćdziesiątych, pamięta brukowaną ulicę pod ziemią. Nie jest wariatem. Nie jest!!! Ma tylko schizofrenię, a nad tym można zapanować. Można! Trzeba tylko chcieć.

Przysiadł przy barze i, wrzeszcząc na cały głos, żeby barman mógł go dosłyszeć w ryku superwzmocnionej kapeli, zamówił duuuuuużą tequilę. Dostał pełną szklankę – tu się nie cackano z maleńkimi kieliszeczkami – i talerz cytryn. Zaczął żłopać, przegryzając tylko jedną cytryną. Chciał się upić. Upić i zapomnieć o wszystkim. Zapomnieć o babie, która miała na imię Rita… Jezu! Jaka Rita? Co ci idioci z nim zrobili?! Wycie muzyki rozsadzało bębenki, trudno było usłyszeć własne myśli. Tłum szalał, Wasilewski chlał na umór.

Nagle zauważył, że nastolaty wokół milkną i w rosnącym zdziwieniu patrzą gdzieś za jego plecy. Nawet barman upuścił czyszczoną właśnie szklankę, która rozbiła się na podłodze, i wybałuszył oczy.

Wasilewski odwrócił się na barowym hokerze. Tuż za nim stał ksiądz w sutannie, a za wielebnym dwie zakonnice, z rękami zaplecionymi jak do modlitwy. Nastolaty wokół trwały w stuporze, nawet kapela na scenie straciła rytm. Czegoś takiego nie widziano tu od co najmniej czterdziestego piątego roku.

– Chciałbym prosić o chwilę rozmowy, synu – powiedział ksiądz jak mógł najgłośniej. – Czy możemy wyjść na chwilę?

Wasilewski przełknął ślinę. Schizofrenia? No, ale przecież wszyscy wokół też go widzą. Wypił resztę tequili, zapłacił za wódkę równowartość co najmniej połowy volkswagena. Jezu, czy to sen? A czemu nie? Przecież to wszystko jest tylko chorobą umysłową. Ksiądz i dwie zakonnice w dyskotece. To normalne. Tylko dlaczego małolaty wokół tak się gapią?

Wstał z wysokiego stołka, skinął głową. Ruszyli na górę, po betonowych schodach niemieckiego bunkra.

– Ksiądz się nie boi chodzić po nocy w towarzystwie dwóch zakonnic?

– Właśnie dzięki ich towarzystwu się nie boję. To moi ochroniarze.

– Przebrani komandosi?

Ksiądz uśmiechnął się lekko.

– Nie. Są prawdziwymi zakonnicami – ruszył w stronę Hali Targowej. – To świetnie wyszkolone dziewczyny.

– A… ksiądz kogo reprezentuje?

– „Ósemkę Biskupa”.

– Proszę?

– Och, nazywają nas kościelną służbą informacyjną, wywiadem wręcz, czy chrześcijańską bezpieką. Ale to bzdury. Spokojnie, nie jesteśmy samodzielnym batalionem Komandosów Częstochowskich imienia Matki Boskiej.

Wasilewski uśmiechnął się. Facet potrafił budzić sympatię.

– Coś słyszałem. Podobno wykorzystujecie kobiety do zbierania informacji.

– To częściowo prawda, aczkolwiek nie do końca podoba mi się słowo „wykorzystujemy”. One same, z własnej woli, dostarczają nam wielu danych.

Minęli Halę Targową, olbrzymi budynek stylizowany na średniowieczny zamek. Weszli do parku nad Odrą, ksiądz wskazał jedną z ukrytych pod drzewami ławeczek. Siostry zakonne zatrzymały się dwa kroki dalej. Obie miały spuszczone głowy, a ręce nadal złożone jak do modlitwy. Nierealność sytuacji znowu przyprawiła Wasilewskiego o dreszcze.

59
{"b":"100640","o":1}