Литмир - Электронная Библиотека
A
A

– A widziałeś podpis na tej kartce? Znasz jakiegoś lepszego lekarza we Wrocławiu?

– To jedźmy do Warszawy! Jedźmy do Szwajcarii. Kurwa, zrobimy z chłopakami zrzutkę i jedźmy do USA!

– Czytałeś ten papier? Chcesz mi zrobić resekcję mózgu?

Irmina nie przejmowała się Ivanem, siedzącym pod ścianą z twarzą w dłoniach.

– OK. Kable już podłączyłam. Teraz?

– Teraz włącz wszystkie zespoły. Uważaj na stabilizator napięcia. Sprawiał Borkowskiemu kłopoty.

– OK. Wszystko włączone. Panuję nad tym.

– Jesteś fajną dupą.

– Dzięki, Gusiew – uśmiechnęła się znowu. – Czy ta druga cholera podejdzie, żeby pomóc?

Dietrich podniósł się spod ściany i podszedł bliżej.

– Słuchaj, a może od razu cię zastrzelę? Będzie szybciej.

– Zdjąłbyś mi z głowy kupę kłopotów, ale siebie wpakował do pierdla.

– Czy możemy porozmawiać poważnie?

– Potem. Słuchaj, tu masz analizator pracy mięśni. Prawdopodobnie to będą jedynie mikroskurcze. Ja mam taki wyłącznik, który pozwala mi się wyrwać z każdego koszmaru. Wystarczy, że we śnie kucnę i zacisnę powieki. Jeśli odczytasz coś takiego, budź mnie natychmiast. Ale może być też odwrotnie – zacznę się budzić, a we śnie może właśnie dziać się coś ciekawego. Wtedy wstrzykniesz mi środek uspokajający albo nasenny.

– Dureń! – skwitował Dietrich.

– Wszystko zrozumiałeś?

– Idiota!

– Słuchaj, Borkowski to całkiem nieźle wykoncypował…

– Tak. I zabił Jarka.

– Boisz się, to wyjdź – mruknął Gusiew. – Wszystko spadnie na jej głowę – wskazał na dziewczynę. – Wyzgo będzie świadkiem, że chciałeś uciekać.

Ułożył się na kozetce w miarę wygodnie. Nie chciał mieć rano obolałych mięśni.

– No to włączaj – mruknął do dziewczyny. – A ty – zerknął na Dietricha – jak chcesz mi pomóc, to wyrwij mnie ze snu, gdy wykres pokaże, że kucam!

Co to jest sen? Właściwie nie wiadomo. Uczeni wolą pisane dużymi literami skróty: REM, EEG, HXDC, SNR… No dobra, uznajmy, że Gusiew miał HXDC, jeśli ktokolwiek wie, co to znaczy. Leżał pod płytką chodnikową z blachy, z dziurami i wypustami. Taką kratownicą, na której czyści się buty przed wejściem do sklepu. Nie bardzo mógł się poruszyć. Kurz i drobinki piasku spadały mu na twarz, jeśli tylko przechodnie umieszczali swoje buty w odległości jakichś dwóch centymetrów od jego twarzy. Gusiew był na Rynku, na rogu, gdzie jest kamienica „Pod Złotą Koroną” – teraz jednak stał tu „Feniks”. Jakoś wydostał się spod kratki, wszedł do hallu, gdzie mieściły się windy, i wsiadł do jednej z nich. Żeliwnej, rzeźbionej, istnego cacka przedwojennej roboty. Podesty wokół sunęły powoli w dół. Mimo tłumu na schodach, był w windzie sam. Jednak schody się skończyły, a tuż obok sunęły w dół inne windy. W jednej z nich zauważył Borkowskiego.

– Nie idź tam!!! – krzyczał. – Nie idź tam, proszę!

– Co?

– Nie idź tam – wrzeszczał Borkowski, zjeżdżając coraz niżej. – Przecież byłeś moim przyjacielem! „Pułkowniku”! Niech pan tam nie idzie… Błagam!

Winda wyjechała z budynku – trzymała się już tylko na cieniutkim, chwiejnym druciku, który celował w niebo. Wszystko się trzęsło, rozsypywało, było coraz mniej realne.

Gusiew obudził się w gabinecie Borkowskiego tak gwałtownie, że usiadł na kozetce.

– Żeby was szlag trafił – przecierając oczy usiadł, spuszczając nogi na chłodną posadzkę. Ale zimna. Szlag! Nie mógł otworzyć powiek. Ziewnął szeroko. – Do dupy jest to urządzenie!

– Słucham?

– Kompletny szajs. Śniłem jakieś gówna.

Podszedł do okna. Mgła ledwie pozwalała na zobaczenie zarysów drzew poniżej. Dość częste zjawisko we Wrocławiu, który składał się z niezliczonej ilości rzek, kanałów, śluz, jeziorek i stawów.

– Ale mnie łeb napierdala – mruknął. – Irmina, Ivan, dajcie jakąś aspirynę, albo coś…

– Słucham, panie ambasadorze?

Odwrócił się gwałtownie. W pokoju stało dwóch oficerów Wojska Polskiego. Obydwaj mieli na sobie wyjściowe mundury z baretkami, koalicyjki, pasy z przypiętymi kaburami i rogatywki ze znakiem orła. Boże!!! Obydwaj mieli żółtą skórę i skośne oczy, a gdy spojrzeli po sobie, zauważył… warkoczyki, wystające spod rogatywek. To Chińczycy!

– Pan pozwoli, że się przedstawię – powiedział major. – Jestem Michał Dong-Bei. A to porucznik Gui-Hau Śliwiński.

Porucznik zasalutował karnie.

Gusiew zdał sobie sprawę, że widzi pulsowanie czerwonego światła w lewym oku. Jezus!!! Dioda! Dioda!!! Jestem w fazie REM! To tylko sen… Ale wszystko było tak strasznie realne… Polizał swoją dłoń. Czuł smak skóry, czuł wilgoć śliny, chłód na palcach. Mógł dotknąć nawet materiału eleganckiego garnituru, który wisiał na krześle. Czuł jego fakturę, widział szczegóły – rzecz niemożliwa we śnie.

– Panie ambasadorze – powiedział major. – Dostaliśmy zadanie. Mamy zaprowadzić pana do pani prezydent RP. Czy włoży pan garnitur?

Gusiew, zszokowany realnością wydarzeń, posłusznie włożył marynarkę. Za pomocą małej szczoteczki porucznik usiłował usunąć niewidzialne pyłki z czarnego materiału.

– Gdzie jest pani prezydent?

– No jak to? – zdziwił się major. – Przecież przed chwilą wylądował tu RP Number One.

– Co wylądowało?

– Hmm… Krążownik „Lech Wałęsa”.

Gusiew zaklął. Dał się wyprowadzić na korytarz, żołnierze po bokach prezentowali broń. Realność tego wszystkiego przyprawiała go o drżenie. Tylko dzięki światełku pulsującemu w kąciku lewego oka wiedział, że śni.

– Przepraszam najmocniej, panie ambasadorze – odezwał się prowadzący major. – Najmocniej przepraszam… Coś jest nie tak z pańskim lewym okiem. Może to wylew? Może powinniśmy sprowadzić lekarza?

Gusiew odruchowo dotknął swojej skroni. Czysta, gładka skóra. Przecież dioda istniała tylko w realnym świecie. Skąd oni mogli podejrzewać, że widzi czerwone światło w lewym oku?!

– Może to tylko żyłka pękła – powiedział porucznik Gui-Hau Śliwiński. – Ale zawsze trzeba uważać.

Wyprowadzili go na zewnątrz, prosto w mgłę. Widział zarysy jakiegoś monstrualnego statku kosmicznego. Obaj oficerowie prowadzili go po pochylni, na której mogła się zmieścić dywizja wojska.

– To jest właśnie RP Number One – powiedział porucznik. – To jest „Lech Wałęsa”.

– Boże – szepnął Gusiew. Czerwone światło pulsowało w lewym oku, ale wszystko wokół było takie realne! Czuł powiewy wiatru, promieniowanie ciepła z nagrzanego metalu, przez podeszwy mięciutkich butów rozróżniał nawet fakturę stopni, po których stąpał.

Obaj Chińczycy wprowadzili go do ogromnej poczekalni, utkanej ze światła i jakichś materiałów – cholernie drogich, jak się domyślał. Na środku pomieszczenia czekała grupka mężczyzn.

– Panowie pozwolą, że ich przedstawię – major wskazał go dłonią. – To jest pan ambasador Rzeczypospolitej Polskiej przy Watykanie, pan pułkownik Gusiew. A to są panowie… – zwrócił dłoń w drugą stronę. Zaczął przedstawiać kilku Chińczyków z warkoczami i może ze dwóch mężczyzn o europejskim wyglądzie. Wszyscy w lśniących garniturach. Żadnego nazwiska Gusiew nie zapamiętał.

– A pan skąd pochodzi? – zainteresował się jeden z Chińczyków.

– Z Wrocławia.

– O? A gdzie to jest?

– Pan ambasador śmieje się z nas – wtrącił jeden z „Europejczyków”. – Park wrocławski leży na przedmieściu stolicy. Bez paruset milionów na koncie nie wybuduje pan tam swojej willi.

– Ach – uśmiechnął się Chińczyk. – Czyli pan jest z Warszawy? To skąd pan tak dobrze zna język polski?

Pozostali zaczęli się śmiać, jakby opowiedział dowcip.

– Najmocniej panów przepraszam – przerwał im major. – Pani prezydent czeka.

Wskazał Gusiewowi kierunek. Gdy ruszył za oficerem, któremu spod rogatywki wystawał warkoczyk, usłyszał komentarze idących za nim ludzi.

– Widzisz? Bez willi w parku wrocławskim będziesz tu czekał do usr… hm… śmierci!

– No i trzeba być ambasadorem w Watykanie. Nawet minuty z nami nie odstał.

36
{"b":"100640","o":1}