– Bo to byłoby strasznie nudne – Gusiew wskazał deflektor podrzutu w rewolwerze kolegi. – Zresztą tego ustrojstwa i tak w ogóle nie da się wyczyścić, więc wszystko to byłyby powieści egzystencjalne o ogólnym nieudacznictwie.
– Fakt – Ivan przygryzł wargi. – Co z nią zrobimy?
– Nie wiem.
– Tak to można gadać godzinami – powtórzył Dietrich. – Włączysz te urządzenia?
– Nie.
– To co jej powiesz?
Gusiew włożył Siga i tetetkę do kabur przy pasku.
– Idę do ubikacji – urwał temat.
Toaleta na strzelnicy jest jednym z najbardziej niebezpiecznych miejsc na świecie. Broń w kaburach strasznie ciąży i jeśli nie chce się wyczyścić spuszczonymi spodniami całej podłogi, to siedząc na sedesie trzeba ją trzymać w rękach. A ponieważ producent tak projektuje pistolety, żeby odpowiednie palce trafiały od razu w odpowiednie miejsca, więc siedzi się, trzymając dwie spluwy lufami skierowanymi na drzwi, i z dwoma palcami na spustach. Toaleta na strzelnicy to jedyne miejsce na świecie, gdzie nikt, nigdy i pod żadnym pozorem nie szarpnął nagle za klamkę, żeby sprawdzić, czy kabina jest wolna. Nie ma co się dziwić, każdemu życie miłe…
Jednak „Pułkownik” Gusiew nie myślał o konsekwencjach szarpnięcia za klamkę. Przez cały czas miał przed oczami Irminę, która pokazuje pokłute igłami ręce. Boże, o co chodzi tym Węgrom? Co chcieli osiągnąć? Jeśli w ogóle przyjmiemy, że jej opowieść była prawdziwa. Ale dziewczyna nie wyglądała na wariatkę, wbrew temu, co mówiła. Nie wyglądała też na agenta węgierskiego wywiadu. A zresztą jeśli nawet… Węgrzy byli „swoi”, to nie wrogowie. Można byłoby im pomóc, jakiekolwiek plany łączyliby z aparaturą Borkowskiego. Jezu! Uruchomić te urządzenia? Jezuuuu… Nie. Nigdy w życiu.
Ale z drugiej strony… W koszmarnej ciasnocie kabiny „Pułkownik” uporał się jakoś ze spodniami i bronią, którą trzymał w dłoniach. Tak naprawdę to nie był pułkownikiem. Ksywa wzięła się stąd, że jeszcze jako student podpadł dziekanowi, w czasie stanu wojennego. Ten postanowił go ukarać i wywiesił w gablocie wielkie ogłoszenie: „Niniejszym czynię kol. Gusiewa odpowiedzialnym za utrzymanie porządku na korytarzu”. Niestety, już chwilę później studenci nakleili na wierzch swoje własne ogłoszenie: „Dziś wykład. Cała prawda o tym, jak wygląda utrzymanie siłą ustroju Związku Radzieckiego”. Oczywiście jakiś aktywista zdarł opozycyjny plakat, ale zrobił to nierówno i pojawił się „kombinowany” napis: „Niniejszym czynię kol. Gusiewa odpowiedzialnym za utrzymanie siłą ustroju Związku Radzieckiego”!, a pod tym pieczątka i podpis dziekana… Oczywiście od razu skrót „kol.” (kolega) przerobiono na „Col.” (colonel), i tak został „Pułkownikiem”. Jeśli z tym „tytułem” zestawiło się jego nazwisko, dla wszystkich było jasne, że jest radzieckim oficerem, i wypominanie mu tego przy każdej okazji stało się rytuałem. Czasem zastanawiał się, czy któryś z kolegów w ogóle pamięta jeszcze jego imię.
Gdy wrócił na salę „25 metrów”, Dietrich strzelał z rewolweru.38 Special z krótką lufą, wywołując tumany kurzu za tarczami.
– I jak? – krzyknął. – Doszedłeś do czegoś w świątyni dumania?
– Tak – postanowił go zaskoczyć. Z kabury pod pachą wyjął Colta.45 i strzelił, wywołując gejzery ziemi na wale flankującym.
– Jezu! Co to jest? – Dietrich przyskoczył do niego. – Co to jest?!
– Colt.45 ACP.
– Przecież na taki kaliber nie mamy pozwolenia.
– Kolega z Warszawy kupił mi „nielegala” – Gusiew uśmiechnął się.
– A amunicja skąd?
– Od handlarza bronią – wyjaśnił. – Jak masz pozwolenie na 9 milimetrów i.38 Special, to sprzeda ci i.45…
– Daj postrzelać – dosłownie wyrwał mu tego Colta z rąk. – O żesz ty…
– Uruchomię te urządzenia – powiedział Gusiew.
„Sepp” nie słuchał go, masakrując metalowe drzwi bunkra, co było jeszcze bardziej nielegalne niż sama broń, z której to robił.
– Uruchomię te urządzenia – powtórzył. – I to nie dla niej. Dla Borkowskiego i dla Jarka…
– Ale jaja! – krzyczał Dietrich. – Ale wali!!! Patrz! – podsunął mu przed oczy oparzoną nitrocelulozą dłoń. – Ale grzeje…
Tak jak poprzednio, Irmina siedziała na brzegu biurka Borkowskiego, pokazując swoje nogi w obcisłych legginsach. Ten widok przyciągał wzrok mężczyzn jak magnes. Wieczorem nie było w Instytucie nikogo poza ochroniarzem, trwającym w stanie wiecznej śpiączki. Nawet portierki.
Ktoś jednak pukał do drzwi.
– Tak? – Dietrich otworzył drzwi.
Zobaczyli mężczyznę w piżamie i narzuconym na ramiona szlafroku. Instytut był połączony starym niemieckim tunelem przeciwlotniczym z pobliskim małym szpitalem. I wszyscy ci, którzy mieli problemy ze snem, przyłazili po nocy, usiłując zdobyć za darmo poradę „prawdziwych fachowców”.
– To znowu pan, panie Wyzgo?
– Tak, panie doktorze. Bo wie pan, mi się cały czas śni to samo. Wchodzę do supermarketu, na rynek, gdziekolwiek, gdzie jest tłum. I… I mam w rękach karabin maszynowy, a na plecach trzy skrzynki amunicji. I zaczynam strzelać. Do ludzi! Tam są setki trupów…
– Niech pan weźmie coś na uspokojenie i idzie do łóżka.
– Co mam wziąć?
– Aspirynę, nie wiem… Niech się pan herbaty napije – usiłując zachować przynajmniej pozory uprzejmości Dietrich wypchnął mężczyznę w piżamie na korytarz i domknął drzwi. – Co za świr – szepnął, zabezpieczając zamek. – Leży już prawie miesiąc, bo ciągle śni mu się to samo. Noc w noc masakruje tłum z karabinu maszynowego…
Irmina nawet nie podniosła głowy.
– Włączysz te urządzenia? – spytała Gusiewa.
– Tak.
Popatrzyła mu w oczy.
– Gdzie się mam położyć?
– Nigdzie. Ja będę obiektem eksperymentu.
– Dlaczego?
Rzucił jej elegancką kopertę, którą dostał w szpitalu. Dziewczyna przez chwilę mocowała się ze sztywnym papierem. Wyjęła zadrukowaną kartkę z pieczątkami, ale niczego nie zrozumiała z łacińskich nazw. Podała ją Dietrichowi.
– O kurwa! – syknął Ivan. – Jezus Maria!!! Dlaczego nic nie powiedziałeś?
– To tylko rak. Od tego się nie umiera – mruknął Gusiew.
– Stary! Dlaczego nie powiedziałeś?!
– A co by to zmieniło?
– Jezu… Jezu! Stary. Przyjacielu… Kurwa!!! Pojedziemy do Szwajcarii cię leczyć! Coś przecież można zrobić!
– Od tego się nie umiera – uśmiechnął się do Irminy. – A przynajmniej jeszcze nie dzisiaj.
Dziewczyna zachowała się bardziej racjonalnie. Położyła mu rękę na ramieniu, leciutko pocałowała w policzek.
– Musisz to włączyć na jałowy bieg.
– Skąd wiesz?
– Wiem. Zaufaj. Żadnego uprzyjemniania snów. To ma lecieć na jałowym biegu.
– Ludzie – krzyknął Dietrich. – O czym wy mówicie?! Chemioterapia, naświetlania, kurwa, operacja!!! A nie bzdety…
– On już podjął decyzję – powiedziała Irmina. – Mów, co mam robić.
– Ja się na to nie zgadzam – Ivan otworzył drzwi i wyskoczył na korytarz.
– Panie Wyzgo! – krzyknął w ciemność Gusiew. – Pan go przytrzyma i nie pozwoli wyjść. To dam porządny środek na sen bez recepty!
Po kilku sekundach zobaczyli plecy Dietricha, cofającego się przed mężczyzną w piżamie. Facet był uzbrojony w metalową popielniczkę na długim pręcie, która dotąd stała przy portierni. Gusiew wyjął z kieszeni plastikowy listek z tabletkami i rzucił napastnikowi.
– I niech pan jeszcze chwilę postoi pod drzwiami. Żeby mi nie zwiał.
– Dobrze, panie doktorze – Wyzgo objął wartę.
– Jesteś durniem, idiotą, kretynem, wariatem, pętakiem – powiedział spokojnie „Sepp”.
– On już podjął decyzję – powtórzyła Irmina. – On już podjął wyzwanie.
Gusiew położył się na kozetce.
– Najpierw załóżcie EEG, potem czujniki na ważniejsze mięśnie. Przyklejcie czerwoną diodę do kącika lewego oka.
– O diodzie nie słyszałam – wtrąciła Irmina.
– To mój dodatek. Jak wejdę w fazę REM, będę wiedział, że to sen.
– Stary – włączył się Dietrich. – Chodźmy do jakiegoś dobrego lekarza.
Gusiew wskazał głową kopertę leżącą na biurku.