Gusiew otworzył drzwi swojej toyoty, wpuszczając kolegów.
– Jutro panu coś przepiszę – zatrzasnął drzwi, opuścił szybę.
– Bo wie pan – Wyzgo nachylił się nad oknem. – Bo z tego pokoju, co wy tam pracujecie po nocy, to… tam coś świeci. Stamtąd wydobywa się dziwna aura.
– Tak, oczywiście – Gusiew włączył silnik i zapalił światła. – Ale „Archiwum X” już zostało ostrzeżone. Proszę się nie martwić – ruszył, wyjeżdżając na ciemną ulicę.
– Agent Moulder i agentka Scully przybędą na odsiecz wraz z kawalerią powietrzną – śmiał się Dietrich.
O tej porze nie było wielkiego ruchu, widzieli zaledwie kilka samochodów. Jechali powoli, bo w nocy łatwiej podpaść policji.
– No i co było w tym śnie? – spytał Dietrich.
– Czekajcie – przerwała im Irmina z tylnego siedzenia. – Ktoś nas śledzi!
Gusiew drgnął. „Ktoś nas śledzi” – powiedziała Irka we śnie. – „Trzech z tyłu. Jeden idzie z przodu…”.
– Co?
– W samochodzie z tyłu trzech facetów jedzie za nami. Już długo czasu. A w samochodzie z przodu jeden facet.
– Z przodu? – żachnął się Dietrich.
– Jakby wie, gdzie jedziemy.
– A gdzie jedziemy? – Ivan przetarł szybę irchą.
– Oni śledzą. Nas.
Gusiew westchnął.
– Nie bój się. Po pierwsze, tu nie ma FBI. A po drugie, w tym samochodzie jest więcej broni palnej i amunicji, niż w niejednym plutonie Wojska Polskiego.
Jednak Irmina wciąż rozglądała się niespokojnie, patrząc to w przód, to do tyłu.
– Jezus! – powiedziała z napięciem w głosie. – Zaraz zaczną!
– Eeeeee… O kurwa!
Samochód z przodu zahamował gwałtownie. Gusiew kopnął hamulec, zatrzymali się dosłownie o milimetry od jego zderzaka. Podjechał samochód z tyłu, blokując tylny zderzak.
– Napad! – Dietrich wyszarpnął z kieszeni rewolwer.38 Special, a z kabury pod pachą tetetkę, i zarepetował giwery.
– Chcą nas obrobić – Gusiew wyciągnął z kabury na tyłku Sig Sauera, zarepetował, a potem drugą ręką wyjął spod pachy ogromny rewolwer z sześciocalową lufą.
Wszystko wyglądało jeszcze niby normalnie i naturalnie. Kierowca pierwszego samochodu wysiadł i rozłożył ręce, kłaniając się przepraszająco. Ale ci z tyłu również wysiedli, idealnie razem, jak na komendę, i równym krokiem podeszli jednocześnie do trzech pasażerów toyoty. Jednocześnie, jakby kierowani wojskową komendą, nachylili się do drzwi.
Jednocześnie też przeżyli szok.
Ten przy Gusiewie popatrzył wprost w wylot lufy Siga, napakowanego na full rozpryskową amunicją. W drugie oko miał wycelowane.357 Magnum Weihraucha. Ten od strony Dietricha patrzył lewym okiem na wylot lufy „trzydziestki ósemki” z nabojami „Plus P”, a prawym w lufę tetetki z czeską amunicją do przebijania kamizelek kuloodpornych. Oczywiście o rodzaju slugów nie miał pojęcia, ale, sądząc po pozie, w jakiej zamarł, chyba nie zamierzał sprawdzać.
Ten, co patrzył na Irminę, tylko przełknął ślinę.
– Eeeeeeeee… – mężczyzna przy oknie kierowcy wziął głębszy oddech i zawahał się przez chwilę. – Przepraszam, gdzie jest ta… no… yyy… droga na Poznań?
– Tam – Gusiew odruchowo pokazał za siebie, niechcący celując siedzącej z tyłu Irminie prosto w czoło Sigiem nabitym rozpryskową amunicją, z palcem na spuście.
– Aha. To dziękujemy – cała trójka ruszyła w tył. Znowu jednocześnie, jak na komendę.
Dietrich wypuścił powietrze z płuc.
– Jezus! Co to było? – zszokowany, patrzył na dwa odjeżdżające samochody. – Próba, psiakrew, napadu? Przecież byłaby jatka jak w Hollywood…
– Jezus Maria – Gusiew czuł, że po czole spływa mu pot. – O kurwa!
– Panowie pliisssssssss! – jęknęła Irmina. – Rozładujcie broń, bo zaraz w tym samochodzie będzie jatka jak w Hollywood.
– N… No fakt.
Ostrożnie spuścili kurki. Siga wystarczyło zdekokować i zabezpieczyć, ale w tetetce trzeba było wyjąć magazynek i przeładować, żeby wyrzucić nabój z komory.
– Skąd macie broń? – spytała Irmina. – Nielegalna?
– Legalna.
– Jesteśmy kolekcjonerami – dodał Dietrich, szukając na podłodze auta wyrzuconego naboju. – Członkami klubu sportowego i paru innych klubów. Mamy po kilka sztuk…
Urwał nagle. Jednocześnie spojrzeli na siebie z Gusiewem, a potem gwałtownie odwrócili się w fotelach.
– Zaraz… A skąd TY masz broń?
Irmina schowała swój węgierski PA-63. Malutki, poręczny, na nabój 9x18 Makarowa, z siedmioma sztukami amunicji w magazynku. Broń tak zaprojektowaną, żeby nic nie wystawało, żeby dała się łatwo wyjąć z kabury. Ale i… z damskiej torebki.
– Ja też jestem w klubie sportowym i…
– Dobra, dobra – przerwał jej Gusiew. – To w takim razie pokaż pozwolenie na przewóz gnata przez granicę.
– Nie wciskaj kitu – dodał Dietrich. – Każdy, kto posiada ostrą broń legalnie musi mieć przepisy w małym palcu. Po pierwsze, nie przejechałaś granicy bez papierka, chyba że jesteś urodzoną idiotką, ale na taką nie wyglądasz. Jeśli przyjechałaś z giwerą na zawody, choćby i w strzelaniu praktycznym, to nie ze spluwą z tak krótką lufą. Nie wciskaj kitu – powtórzył.
– To agentka wywiadu Węgier. Od razu wiedziałem.
– Nie jestem agentką żadnego wywiadu.
– O, jak nagle poprawił ci się język polski! – ucieszył się Dietrich. – Albo pokaż papier, albo się wytłumacz, albo dzwonię na policję.
– Daj spokój, „Sepp” – wzruszyła ramionami. Rzeczywiście nagle poprawił jej się i język, i wymowa. – Od razu wywiad. I co niby Węgry mogłyby zrobić Polsce, albo Polska Węgrom? Jesteśmy sojusznikami.
– To może mafia? Pokaż mi chociaż pozwolenie na broń.
Otworzyła torebkę i rzuciła im papier przewozowy. Nachylili się obaj, zapalając samochodową lampkę.
– Szlag. To jest podpisane przez MSZ, a nie jakiś tam konsulat…
– Nie jestem agentem.
– A policyjna spluwa?
– A dlaczego dwaj polscy naukowcy mają „przypadkowo” po dwie amerykańskie armaty w kieszeniach?! – odpowiedziała pytaniem.
– Moje są niemieckie – wyrwało się Gusiewowi.
– Czekaj – powstrzymał go Dietrich. – W naszym przypadku to naprawdę przypadek, strzelectwo to nasza pasja. Ale nie bardzo wyobrażam sobie naukowca z zaprzyjaźnionego kraju, który przyjeżdża na konferencję z pistoletem i papierem MSZ.
– Nie jestem naukowcem – odparła.
– Jezu… To kim jesteś? Kim było tych trzech facetów, maszerujących „w nogę” jak Armia Czerwona na defiladzie?
Westchnęła ciężko. Rozmasowała sobie policzki.
– Nie wiem, kim oni byli – szepnęła. – Ale jeśli sądzicie, że tylko my interesujemy się maszyną Borkowskiego, to jesteście durnie!
– Kiedy my się, kurwa, nie interesujemy! – Gusiew zaczął tracić panowanie nad sobą. – To ty nas zmusiłaś.
– Taaaaak? A słyszałeś o projekcie „Widmo”? O śmierci profesora Ostrowskiego w wypadku samochodowym pod Szczecinem? O siedmiu ludziach, którzy w szpitalu psychiatrycznym w Gdyni codziennie, od lat, usiłują wejść na niewidzialną ścianę, i nikt nie jest w stanie ich wyleczyć? Słyszałeś o tym? A może słyszałeś jak naprawdę kończy się projekt „Kal”, ale wątpię, bo to wiem tylko ja – jeszcze raz pokazała im ślady po zastrzykach w zgięciach ramion.
– Coś tam jednak wiemy o projekcie „Kalevala”… – strzelił Dietrich i wygrał. Nie sądziła, że zna źródłosłów.
Zapaliła papierosa i zaciągnęła się chciwie.
– No dobra. Było tak. Sprzedaliście „Kal” Ruskim za psi grosz, albo wręcz oddaliście za darmo, bo to była ślepa uliczka. Czegoś tam można się dowiedzieć, ale pójść dalej nie sposób. Kopie papierów zostały w Polsce i w jakimś sensie kontynuował to Ostrowski, mając lepsze rozwiązanie. Ale to już nie te czasy, nie ten sprzęt. Nawet, podejrzewam, specjalnie opchnęliście technologię „Kal”, żeby zmylić wszystkich innych. Żeby wepchnąć ich w ślepą uliczkę. Bo Ostrowski planował już coś lepszego. No i stało się, co się stało… Ostrowskiego zastrzelili na trasie pod Szczecinem, pozorując wypadek. A ci, co przeżyli, od lat, dzień w dzień, dwadzieścia cztery godziny na dobę, wspinają się w szpitalu psychiatrycznym na niewidzialną ścianę.