Część druga. LODI, KALIFORNIA
WRZESIEŃ 1968
Brygada obudziła się o brzasku.
Światło poranka wcisnęło się przez ciężkie zasłony zawieszone na oknach, zaglądając do kątów niewielkiego parterowego drewnianego domku, gdy jego mieszkańcy zaczęli wstawać, na wpół sennie z powodu wczesnej pory. W kuchni zagwizdał czajnik. Szurając ściągali materace ze środka pokoju na stos pod ścianą. Zwijali śpiwory. Z toalety co chwila dobiegał odgłos spuszczanej wody. Ktoś potknął się o butelkę z nie dopitym piwem, które rozlało się po podłodze przy akompaniamencie przekleństw. Gdzieś z tyłu domu rozległ się ochrypły śmiech. Panował tu zaduch, powietrze przesiąknięte było ciężkim dymem papierosów.
Olivia Barrow, która przyjęła pseudonim Tanya, podeszła do jednego z okien frontowych i uchyliła zasłonę. Jej wzrok powędrował wzdłuż zakurzonej ulicy w poszukiwaniu jakichś oznak inwigilacji. Obserwowała każdą pojawiającą się postać, każdy przejeżdżający samochód. Wypatrywała czegoś nietypowego – stojącego w pobliżu samochodu, dostarczającego prasę albo jakiegoś pakunku pozostawionego przy drzwiach, czegoś, co mogło raczej obudzić niż uśpić jej czujność. Następnie skoncentrowała się na wyszukaniu na ulicy czegoś zbyt typowego – uliczne zamiatarki czy też kolejki na przystanku autobusowym. Zatrzymywała wzrok na każdym obiekcie, spodziewając się dostrzec jakieś ostrzegawcze symptomy. Wreszcie, stwierdziwszy z zadowoleniem, że nikt ich nie obserwuje, zaciągnęła zasłonę i przeszła na środek pokoju.
Odepchnęła na bok stertę starych gazet i różnych śmieci. Przez chwilę rozglądała się dookoła. Rozprawki polityczne, wojskowe podręczniki na temat broni i materiałów wybuchowych leżały w rogu pokoju, który nazywała biblioteką; ściany były obwieszone płachtami dziwacznych, pisanych odręcznie sloganów rewolucyjnych i plakatami gwiazd rock-and-rolla. Bezmyślnie popatrzyła na plan lotniska Jeffersona.
Olivia nie zauważała nieładu i brudu, nieuniknionego w sytuacji, gdy zbyt wielu łudzi mieszka razem w małym tanim, byle jakim lokum. W rzeczy samej lubiła nawet ciasnotę tego domu. Nie było tu miejsca na ukrywanie tajemnic, pomyślała. Tajemnice są oznakami słabości. A my wszyscy tutaj powinniśmy być dla siebie nadzy. To czyni armię bardziej zdyscyplinowaną, a dyscyplina oznacza siłę. Uniosła półautomatyczny pistolet kaliber 45, szybkim ruchem przeładowała go z charakterystycznym szczękiem, który przeniknął poranny nastrój marazmu i niesmaku i natychmiast zwrócił uwagę pozostałej szóstki. Uwielbiała ten odgłos świadczący, że broń jest gotowa do strzału. Klasyczny dźwięk stawiający wszystkich na baczność.
– Czas na poranną modlitwę – powiedziała donośnie.
W pokoju rozległo się szuranie; pozostali członkowie grupy sięgnęli po swoją broń i sprawdzając ją ustawiali się w koło na środku pokoju. Były tam dwie kobiety i czterech mężczyzn. Dwóch z nich miało włosy do ramion i brody; pozostali dwaj byli czarnoskórymi, z fryzurami w stylu afro. Wszyscy mieli na sobie dżinsowe ubrania i wojskowe czapki. Jeden z czarnych miał czoło przewiązane jaskrawą przepaską i w szerokim uśmiechu wystawiał na pokaz złoty ząb. Na szyi jednego z białych widniała czerwona szrama. Kobiety miały ciemne włosy i były blade. Wszyscy oni położyli broń – kilka pistoletów, dwie dubeltówki i półautomatycznego browninga – na podłodze w środku koła. Wzięli się za ręce, a Olivia zaintonowała:
– Jesteśmy nową Ameryką – zaczęła, twardo akcentując ostatnią sylabę, delektując się wypowiadanymi słowami. – Czarnymi, brązowymi, czerwonymi, białymi, żółtymi, kobietami, mężczyznami, dziećmi. Wszyscy jesteśmy równi. Powstaliśmy z popiołów starego świata. Jesteśmy Brygadą Feniksa, nosicielami światła nowego społeczeństwa. Występujemy przeciwko świńskim faszystowskim rasistowskim seksualnym archaicznym militarystycznym materialistycznym wartościom naszych ojców i wyznaczamy nowe horyzonty. Dzisiaj mamy Dzień Pierwszy nowego świata. Świat ten wyrwiemy bronią z przegniłego ścierwa zjełczałego społeczeństwa. Przyszłość należy do nas, wyznawców prawdziwej sprawiedliwości. Jesteśmy nową Ameryką!!
Cała grupa powtórzyła chórem:
– Jesteśmy nową Ameryką!
– A przyszłość…?
– To my!
– Dzisiaj mamy…?
– Dzień Pierwszy!
– Kim jesteśmy?
– Brygadą Feniksa!
– Co przynieśliśmy?
– Karabiny i naboje!
– A przyszłość…?
– Należy do nas!
– Śmierć Świniom!
– Śmierć Świniom!
Olivia uniosła wysoko swój pistolet i potrząsając nim nad głową zawołała:
– Tak jest!
– Tak jest!
Po czym nastąpił moment ciszy, grupa wpatrywała się w Olivię trzymającą pistolet w górze. Nagle jedna z kobiet opuściła ręce i wyszeptała przytłumionym głosem: "Przepraszam". Gwałtownie zrobiła krok przez stos broni i rozerwała ludzkie koło po przeciwnej stronie. Jej klapki plaskały o linoleum kiedy przebiegała korytarzem, do łazienki, gdzie zatrzasnęła za sobą drzwi.
Pozostali patrzyli za nią w milczeniu.
Pierwsza odezwała się Olivia:
– Hej, matematyk, lepiej zobacz, co z twoją cizią. – W jej tonie brzmiało szyderstwo.
Jeden z brodaczy wystąpił z koła i pospieszył do korytarza zatrzymując się przed drzwiami łazienki.
– Meg – odezwał się cicho – słyszysz mnie? Co się stało?
Z tyłu grupa rozeszła się. Broń zebrano i położono w bezpieczne miejsce. W kuchni, gdzie przystąpiono do śniadania, rozległ się śmiech. Brodacz usłyszał odgłos wymiotów.
– Meg, co z tobą? – szeptał pod drzwiami.
Nie zauważył, że ktoś za nim stanął, i aż wzdrygnął się na dźwięk głosu.
– Matematyk, może twoja cizia nie jest jeszcze gotowa?
Brodaty gwałtownie odwrócił się, jego głos był piskliwy ze zdenerwowania:
– Mówiłem ci, że będzie w porządku. Już mnie o to pytałaś! Tak samo jej zależy jak i nam wszystkim. Doskonale rozumie, po co tu jesteśmy. Daj wreszcie temu spokój, Tanya!
– Ty sam musisz się oczyścić – kontynuowała Olivia stanowczym, pełnym pogardy głosem. – Musisz wyzbyć się starego burżuazyjnego sposobu myślenia i zastąpić go nieskażonym, rewolucyjnym płomieniem.
– Mówiłem ci, jesteśmy gotowi!
– Myślę, że jesteś słabym ogniwem, matematyk. Jesteś wciąż przepojony swoją przestarzałą edukacją. Wciąż jest w tobie jeszcze trochę studencika bawiącego się w rewolucję.
– Słuchaj, Tanya, ja w nic się nie bawię i chciałbym, żebyś się w końcu ode mnie odczepiła. Jesteśmy tutaj, nie? Nie będę dłużej twoim drogocennym, pieprzonym matematykiem. Zostawiłem to wszystko za sobą. Ty jedyna przypominasz mi o tym. Przerabialiśmy to już parę razy i zaczyna mnie to wkurzać. College to już przeszłość. Skończyłem z tym. Feniks jest taką samą rzeczywistością dla mnie, jak dla ciebie. Ty też nie byłaś rewolucjonistką przez całe pieprzone życie, dobrze o tym wiesz.
– Nie byłam – odparła Olivia spokojnym, łagodnym choć gorzkim głosem. – Kiedyś byłam Świnią. Ale już nie jestem. Oddałam wszystko dla ruchu. Dlatego przyjęłam nowe imię i dlatego mogę umrzeć nawet dzisiaj, i umierałabym szczęśliwa. A ty? Umierałbyś szczęśliwy, matematyk? Z czego ty zrezygnowałeś? Świnie znają Sundiatę i Kwanziego, ich stare więzienne imiona, ale my znamy ich imiona rewolucyjne. I oni są skłonni poświęcić życie. Dotąd przeżywali walki w swoim getcie, ale dzisiaj chcą umrzeć na wojnie. I inni też – Emily i Bill Lewis – sympatyczne, zwyczajne, amerykańskie imiona, prawda? – a dzisiaj są Emmą i Che. Są prawdziwymi żołnierzami. Nikt z nich nie robi tego dla rozrywki. Ale wy dwoje… jesteście jedynymi, o których się martwię.
– Skończ tę przemowę.
– To ty potrafisz tylko gadać. To, co słyszeliśmy od ciebie, to tylko gadanie. O tym, jak to potraktowano cię gazem, aresztowano i pobito. A gdzie twoje blizny, matematyk? No, zobaczymy. Masz teraz szansę zrewanżować się w walce, tylko zastanawiam się, czy rzeczywiście to zrobisz. Bez tego pacyfistycznego gówna, bez milutkiego niedzielnego obywatelskiego nieposłuszeństwa. Na wojnie! Prosili się o nią i będą ją mieli!