Литмир - Электронная Библиотека
A
A

– Weź to, k… twoja mać, bo wystrzeli i może mnie skaleczyć.

– Zawołam Niemców! – woła policjant.

– Ja mam w d… ciebie i twoich Niemców – odpowiadam.

– Do komisariatu! – woła znów tamten.

– Kiedy nie mogę, bo idę w inną stronę.

Co ruszam na niego, to on odskakuje. Gdy odchodzą, znów zabiega mi drogę – i tak w kółko. Już zrobiło się zbiegowisko. Spojrzałem – Mały stoi wśród ludzi i uważa, żeby w razie potrzeby przyjść z pomocą. „Za długo to, już trwa” – pomyślałem. Uciekać nie mogę, bo ten wariat może strzelić za mną, a jeśli znowu napatoczy się drugi policjant, to będzie szlachtuz. Będę musiał strzelać do obydwóch. Nie mogę przecież dać się zabrać do komisariatu, bo mam w kieszeni pistolet, za posiadanie którego zapłacę głową.

Zakończenie przyszło z zupełnie niespodziewanej strony. Podszedł do nas jakiś cywil i zapytał, co się tu dzieje.

– Ten łobuz uderzył mnie łbem – odpowiedział policjant.

– Bo frajer myśli, że to dobre przedwojenne czasy, kiedy bez żadnego powodu bili nas pałkami i zabierali na przechowanie do komisariatu – dodałem od siebie.

Cywil zwrócił się do policjanta, mówiąc ostro:

– Niech pan da spokój, niech pan stąd idzie!

– Ale przecież on mnie uderzył – upiera się policjant.

– Niech pan stąd idzie, mówię panu! – wrzasnął rozkazująco cywil. Policjant popatrzył z żalem, że musi mnie zostawić, odszedł i znikł za rogiem ulicy Czerniakowskiej.

Uważałem, że cywilowi należy się wyjaśnienie, więc podszedłem do niego i mówię:

– No bo, patrz pan, przyczepi się taki nie taki do człowieka…

– Niech pan da spokój, niech pan lepiej już stąd idzie – przerwał mi cywil.

– No tak, chyba masz pan rację – odpowiedziałem po chwili namysłu i poszedłem z Małym w kierunku swojej ulicy. Po chwili przyłączyli się do nas Olek i Wicuś.

– Powiedzcie teraz, co to była za draka? – zapytałem chłopaków. – O co on się do was przyczepił?

– O nic – odpowiedział Mały. – Gdy czekaliśmy na ciebie, podszedł policjant i zawołał: „Rozejść się! Jazda! Już was tu nie ma!” Olek nie lubi mieć z policją do czynienia, więc od razu przeszedł na drugą stronę ulicy. Wicek nietutejszy, z „władzą” nie chce zaczynać, to też odszedł, a ja stoję dalej. „A ty co?” – zapytał mnie policjant. „Na kolegę czekam” – odpowiedziałem. „No już, uciekaj, czego jeszcze stoisz?” – woła znów „glina”. „Czego stoję? No, bo nie siedzę”. „Ach tak? No, to będziesz siedział” – zawołał i zaczął mnie ciągnąć, a ja się nie dawałem. I właśnie w tym momencie ty wyszedłeś z bramy – zakończył Mały.

Wróciliśmy do domu i na konto szczęśliwego zakończenia rozróbki wypiliśmy jeszcze pół litra wzmocnionej wódki. Następnego dnia o godzinie szóstej rano Olek dostarczył Wicusiowi do mieszkania zamówiony i z góry zapłacony rower.

Miesiąc później otrzymałem wezwanie do komisariatu na przesłuchanie w charakterze świadka. Była to drobna sprawa, którą tylko niepotrzebnie zawracali głowę uczciwemu człowiekowi. Idąc do komisariatu ubrałem się po frajersku: nowe ładne palto z futrzanym kołnierzem, nowy czarny garnitur, biała koszula, krawat, biała jedwabna apaszka, pilśniak na głowę, a na ręce białe kordonkowe rękawiczki. „Gzymsik” jak cholera. Siedziałem przy biurku w odpiętym palcie, noga założona na nogę, na kolanach leżał kapelusz, na nim rękawiczki… i składałem zeznanie.

W pewnym momencie usłyszałem odgłos otwieranych drzwi. Obejrzałem się. Do pokoju wchodzi przodownik, którego na Wójtówce trąciłem głową. Spojrzałem na niego obojętnie jak krowa na pociąg, wykręciłem się i dalej składam zeznanie. „Teraz będzie draka, jeśli ten łobuz mnie pozna” pomyślałem. Kątem oka widziałem, że stoi z boku i patrzy na mnie. Zrobił parę kroków i teraz przygląda mi się stojąc za plecami policjanta, który mnie przesłuchuje. Postał chwilę i znów patrzy na mnie z drugiej strony. O, chodził, o, przyglądał się – i nie mógł mnie poznać! Ja w tym czasie mówiłem spokojnie o sprawie, w której mnie wezwano, i pozornie wcale nie zwracałem na niego uwagi. Równocześnie myślałem o tym, co będę robił, jeśli rozpozna mnie i będzie chciał zatrzymać. Tym razem nie byłem pewien, czy wygram z nim wojnę. W kieszeni miałem tylko pistolet i jeden zapasowy magazynek. Idąc do komisariatu nie pomyślałem o takim spotkaniu, bo już o tamtej sprawie zapomniałem. Po chwili mój wróg wyszedł z pokoju, a po kilku minutach i ja opuściłem komisariat, przez nikogo nie zaczepiony.

Tak to ubranie potrafi zmienić człowieka.

ŚMIERĆ BYŁA BLISKO

Rok 1939, druga połowa listopada. Wszyscy mieli obowiązek rejestrowania się w urzędach pracy. Ferajna nasza zlekceważyła ten nakaz, jak i wszystkie inne okupacyjne nakazy. Niemcy rozpoczęli już aresztowania. Słyszało się, że wyciągają ludzi z domów i po przeprowadzeniu rewizji mieszkań zatrzymują podejrzanych ludzi. Tego dnia siedziałem u Małego i zastanawialiśmy się nad tym, w jaki sposób zdobyć węgiel i drzewo, bo zrobiło się już zimno, a opału nie ma. Wtem otwierają się drzwi i do mieszkania wpada siostra Małego, zmęczona biegiem po schodach na trzecie piętro, i zwracając się do nas mówi szybko:

– Chłopaki! Pod czternastym Niemcy robią rewizję całego domu. Który co ma – niech się urywa!

Spojrzeliśmy z Małym na siebie: w oczach jego wyczytałem pytanie, czy jestem „czysty”. Spokojnie przymknąłem na chwilę powieki, dając mu w ten sposób do zrozumienia, że jestem tryfny. Wówczas Mały poruszył stopą w bok. To znów znak, że mam szybko wyjść i wynieść tryfny towar.

Mój tryfny towar to wielki pistolet, szturmowe parabellum, kilka zapasowych magazynków z amunicją i dwa polskie obronne granaty. Wszystko to miałem w mieszkaniu na pierwszym piętrze. Spluwa pod poduszką nie posłanego łóżka, reszta w szufladzie kredensu, na samym wierzchu.

„Jeśli są dopiero pod czternastym – pomyślałem – to mam jeszcze trochę czasu. Nie mogę wyjść z mieszkania od razu, żeby nie robić poruty wobec rodziców i siostry Małego”.

Wyszedłem po kilku minutach dopiero i od razu z korytarza puściłem się biegiem do swego mieszkania. Granaty i naładowane magazynki wsadziłem w boczne kieszenie jesionki, a pistolet, po odbezpieczeniu i wprowadzeniu kuli w lufę, do wewnętrznej kieszeni „za parkanem”. Pistolet był tak duży, że gdy wkładałem go kolbą do dołu, to lufa wypychała jesionkę na ramieniu.

Tym razem włożyłem lufą do dołu w ten sposób, że rękojeść znajdowała się tuż przy samej klapie. Tak załadowany wyskoczyłem z mieszkania. Spojrzałem przez poręcz w dół – na dole Niemcy. Prysnąłem po schodach do góry, aż na czwarte piętro, i obserwuję przez poręcz, co te „raki” będą robić. Wtedy już zawsze miałem w domu broń, więc każdego dnia mogłem spodziewać się wizyty Niemców. „Jeśli idą po mnie, to schowam się do któregokolwiek mieszkania – myślałem. – Jeśli rewizja całego domu, to wyłożę majdan przez klapę na dach i zobaczymy, co będzie dalej”.

Niemcy byli na drugim piętrze. Do długiego korytarza weszło dwóch, trzeci został na klatce schodowej. Od kobiety idącej na górę dowiedziałem się, do kogo weszli. Mieszkał tam z rodziną starszy kolega, harcerz. Znałem dobrze kilku dorosłych harcerzy i wiedziałem, gdzie mieszkają. Pierwsza myśl – ostrzec ich, bo jeśli przyszli po jednego, to przyjdą i po innych. Zdecydowałem się wyjść z domu.

Po schodach schodziłem powoli, trzymając ręce na klapach palta, tak że palcami prawej ręki dotykałem rękojeści pistoletu. Niemca minąłem, prawie ocierając się o niego. Na pierwszym piętrze przyłączył się do mnie inny kolega i na ulicę wyszliśmy już razem. W przejściu między domami pod numerem dziesiątym i dwunastym minęliśmy drugiego Niemca. Zmierzył oczami nas, my jego – i wyszliśmy na ulicę. Byłem pewien, że jest ich więcej, ale na ulicy było cicho i pusto. Alarm był fałszywy. Byli to ci sami Niemcy, którzy pod numerem czternastym pytali, gdzie mieszka ten kolega, po którego przyszli do naszego domu.

– W którą stronę idziesz? – zapytał kolega.

– W prawo.

– A ja w lewo – odpowiedział. – Mieliśmy szczęście, że nas ten szkop nie zatrzymał.

Roześmiałem się.

– To on miał szczęście – mówię. – Gdyby nas chciał zatrzymać, to patrz… – mówiąc to wyrwałem spluwę „zza parkanu”.

Kolega zbladł, szybko pożegnał się i poszedł w lewo, a ja w odwrotnym kierunku.

Ostrzegłem trzech, ale musiałem jeszcze być koniecznie u jednego, który był moim bliskim kolegą. Lecz dom, w którym on mieszkał, był spalony, a ja nie znałem jego obecnego adresu. Dowiedziałem się wreszcie, że mieszka w jednym z trzech nie wykończonych bloków przy ulicy Iwickiej.

W pierwszym bloku zapytałem kobietę niosącą wodę w wiadrze, czy mieszka tu ten, którego szukam. Nie słyszała tego nazwiska, a twierdziła, że zna w tym bloku wszystkich. Wszedłem do drugiego bloku. Przeszedłem odcinek odgrodzony od ulicy parkanem. Idąc, widziałem, jak w bramie jakaś kobieta zagląda do mieszkania, do którego po chwili weszła. „Tu pewnie mieszka dozorca – pomyślałem – wejdę i zapytam o kolegę”. Nie pukając otworzyłem drzwi i… „Halt!!!” – To wrzasnął jeden z trzech Niemców siedzących w mieszkaniu. Cofnąłem się do tyłu, jeden moment – i już miałem dwa karabiny przystawione do pleców, a przed sobą trzeciego Niemca, bez broni.

Błyskawiczna myśl: „Wyrwać spluwę i pruć? Czy wpadłem? Chyba tak. Zdążę zastrzelić tylko tego przed sobą i sam zginę, bo wystarczy, że ci z tyłu nacisną tylko cyngle. A za tego zabitego mogą wystrzelać lokatorów”. Gdy już zdecydowałem, że wpadłem, spokojnie nastawiłem się na dalszy rozwój wypadków. Jeśli nie będą rewidować, to różnie jeszcze może być. Pistolet mam pod ręką i granaty też. W najgorszym przypadku wszystkich nas diabli wezmą.

Okazało się, że to jest właśnie mieszkanie tego kolegi, którego przyszedłem ostrzec. Niemcy zabrali całą jego rodzinę – rodziców oraz brata i siostrę – a ci czekali na niego i ja wpadłem im w łapy. Kobieta, która przed chwilą wchodziła, była dozorczynią, która zresztą dobrze mówiła po niemiecku.

Stojący przede mną Niemiec zadał pierwsze pytanie, na które dozorczyni odpowiedziała szybko: – Nein, nein, nein!

40
{"b":"87996","o":1}