Литмир - Электронная Библиотека
A
A

—Jakaż sympatyczna osoba - zauważył Newton. - Prawie moż­na by przymknąć oczy na to, że wysadziła w powietrze całą wieś. Anathema zignorowała jego uwagę.

— W każdym razie taki był sens tego wszystkiego — powiedziała. - Od samego początku uznaliśmy, że interpretowanie jej przepo­wiedni jest naszym obowiązkiem. Ostatecznie wypada średnio jed­no proroctwo na miesiąc; obecnie jednak, gdy zbliżamy się do koń­ca świata, jest ich więcej.

— A kiedy on ma nastąpić? - zainteresował się Newton.

Anathema znacząco spojrzała na zegar.

Newtonowi wydarł się z gardła okropny chichot, choć miał na­dzieję, że zabrzmi on subtelnie i światowo. Po wszystkich wydarze­niach dnia dzisiejszego nie czuł się całkowicie przy zdrowych zmy­słach. A poza tym czuł perfumy Anathemy, co go krępowało.

— Masz szczęście, że nie potrzebuję stopera - odparła Anathe­ma. - Mamy jeszcze, och, jakieś pięć do sześciu godzin.

Newton zastanowił się, co dalej. Dotychczas nigdy w życiu nie odczuł potrzeby napicia się alkoholu, ale coś mu podpowiedziało, że właśnie teraz powinno to nastąpić po raz pierwszy.

— Czy wiedźmy miewają w domu jakieś drinki? - zaryzykował.

— Ależ tak. - Na jej ustach pojawił się uśmiech prawdopodob­nie taki sam jak na ustach Agnes Nutter, gdy wypakowywała zawar-

tość swej bieliźniarki. - Zielony, musujący płyn, a na jego krzepną­cej powierzchni wije się coś niesamowitego. To przynajmniej powi­nieneś wiedzieć.

— Świetnie. Masz lód?

Płyn okazał się ginem. Lód był. Anathema, która czarnoksię-stwem zajęła się bez większych oporów, potępiała napoje alkoholo­we, w tym indywidualnym jednak wypadku je zaaprobowała.

— Czy mówiłem ci już o Tybetańczyku, który wyszedł z dziury w jezdni? - spytał Newton, odprężywszy się nieco.

— Ach, oczywiście wiem o nich - odparła, przekładając papie­ry na stole. - Dwóch wczoraj wyszło przez trawnik przed domem. Biedacy byli zupełnie zdezorientowani, więc poczęstowałam ich herbatą, a oni pożyczyli szpadel i znów zeszli pod ziemię. Nie są­dzę, by w pełni orientowali się, czego się po nich oczekuje.

Newton westchnął, z lekka zasmucony.

— Skąd wiedziałaś, że to byli Tybetańczycy? - zapytał.

—Jeśli już tak stawiasz sprawę, to skąd ty wiedziałeś? Czy w chwili, gdy na niego wpadłeś, powiedział: Ommm?

— Nooo, on... on wyglądał na Tybetańczyka - rzekł Newton. -Szafranowa szata, ogolona głowa... no, wiesz... jak Tybetańczyk.

—Jeden z moich mówił całkiem dobrze po angielsku. Zdaje się, że w jednej chwili naprawiał radia w Lhassie, a w następnej znalazł się w tunelu. Nie wiedział, w jaki sposób może wrócić do domu.

— Gdybyś go posłała na drogę, chyba mógłby go podrzucić na miejsce latający spodek - rzekł posępnie Newton.

— Trzech kosmitów? Jeden z nich mały, blaszany robot?

— Oni też wylądowali na twoim trawniku, tak?

— Według tego, co powiedziano w radiu, jest to chyba jedyne miejsce, w którym nie wylądowali. Przysiadają na ziemi po całym świecie, przekazując krótkie, banalne orędzie na temat kosmicz­nego pokoju, a kiedy ludzie mówią: Tak, i co dalej? spoglądają na

nich obojętnie i odlatują. Znaki i zapowiedzi, dokładnie jak po­wiedziała Agnes.

— Przypuszczam, że masz zamiar mi powiedzieć, iż ona przepo­wiedziała także i to?

Anathema przerzuciła stojącą przed nią podniszczoną kar­totekę.

— Zawsze miałam zamiar wprowadzić to wszystko do komputera - oświadczyła. - Poszukiwanie poszczególnych słów i tak dalej. Wiesz? To by znacznie uprościło sprawę. Proroctwa następują po so­bie byle jak, ale istnieją wskazówki, odręczne notatki, karteluszki...

— Ona to napisała w postaci kartoteki?

— Nie. Książki. Ale ona, eee, gdzieś się zapodziała. Oczywiście zawsze mieliśmy kopie.

— Zgubiłaś ją, co? - powiedział Newton, próbując wprowadzić nieco humoru do ich rozmowy. - Założę się, że tego nie przewidziała!

Anathema rzuciła mu groźne spojrzenie. Gdyby wzrok mógł zabijać, Newton byłby już zimnym trupem. A potem kontynuowała:

— Przez te lata stworzyliśmy jednak całkiem pokaźną konkor-dancję, a mój dziadek obmyślił bardzo pożyteczny system wzajem­nych odsyłaczy... ach. Jest.

Podsunęła Newtonowi arkusz papieru.

— Tego wszystkiego poprzednio nie miałam - przyznała się Ana­thema. - Wpisałam, wysłuchawszy dziennika radiowego.

— W waszej rodzinie musieliście być niewiarygodnie uzdolnieni do rozwiązywania krzyżówek — zauważył Newton.

— Swoją drogą myślę, że Agnes niezupełnie zorientowała się tu­taj, o co chodzi. Te zwroty o lewiatanie, Ameryce Południowej oraz trzech i czterech mogą znaczyć, co się chce. — Westchnęła. — Naj­większy problem, to te gazety. Nigdy nie wiadomo, czy Agnes nie wspomina przypadkiem o tak maleńkim wydarzeniu, że można je przeoczyć. Czy wiesz, ile czasu zajmuje dokładne przejrzenie wszyst­kich pism codziennych każdego ranka?

— Trzy godziny i dziesięć minut - odpowiedział bez namysłu Newton.

* * *

— Myślę, że dostaniemy medal albo co - powiedział optymi­stycznie Adam. — Za ocalenie człowieka z płonącego wraka.

— On nie płonął - zauważyła Pepper. - I nie był bardzo zniszczony, gdyśmy go odwrócili górą do góry.

— Ale mógł być - zwrócił uwagę Adam. - Nie wiem, czemu nie mielibyśmy dostać medalu tylko dlatego, że jakiś stary wóz nie wie­dział, kiedy się zapalić.

Stali, zaglądając do dziury. Anathema wezwała policję, która spowodowała tylko osunięcie jej brzegów i otoczyła gumowymi stożkami; dziura była ciemna i bardzo głęboka.

— Mogłaby być niezła heca, gdyby tak pójść do Tybetu - po­wiedział Brian. — Moglibyśmy się nauczyć sztuk walki ł takich tam. Widziałem ten fajny film, gdzie jest ta dolina w Tybecie i każdy tam żyje setki lat. Nazywa się Shangri-La.

— Bungalow mojej ciotki nazywa się Shangri-La - zauważył Wensleydale.

Adam prychnął pogardliwie.

— Nie bardzo mądre nazwać dolinę według jakiegoś starego

bungalowu. Można by tak samo dobrze nazwać ją Dunroaming albo ;1 Wawrzyny.

— Ale to o wiele lepiej niż Szambo, jakby na to nie patrzeć — od-.',-?jl rzeki oględnie Wensleydale.

— Shambala - poprawił Adam.

— Spodziewam się, że to jest to samo miejsce. Pewnie ma obie J nazwy - odezwała się Pepper z niezwykłą jak na siebie dyplomacją. — 1| Jak nasz dom. Zmieniliśmy nazwę z “Domek Myśliwski" na “Norton View", kiedyśmy się wprowadzili, ale ciągle dostajemy listy adreso­wane: Theo C. Cupier, Domek Myśliwski. Może to nazwali Shamba­la teraz, a ludzie ciągle mówią Wawrzyny.

Adam wrzucił kamyk do dziury. Tybetańczycy zaczęli go nudzić.

— To co teraz robimy? - spytała Pepper. - Na fermie Norton Bottom kąpią owce. Moglibyśmy pójść pomóc.

Adam wrzucił do dziury większy kamień i czekał, aż usłyszy stuk. Nie usłyszał.

— Bo ja wiem - odrzekł z rezerwą. — Uważam, że powinniśmy coś zrobić dla wielorybów, puszczy i takich tam.

—Jakich? - spytał Brian, który lubił rozrywki dostępne z okazji dużej kąpieli owiec. Zaczął opróżniać kieszenie z opakowań po fryt­kach i wrzucać je kolejno do dziury.

— Moglibyśmy pójść do Tadfield dziś po południu i nie brać hamburgerów — rzekła Pepper. - Jeśli wszyscy czworo nie weźmie­my ani jednego, to nie będą musieli wycinać milionów akrów pusz­czy tropikalnej.

— Tak czy inaczej będą ją wycinać — powiedział Wensleydale.

— I znowu przyziemny materializm - orzekł Adam. — Zupełnie jak z wielorybami. To zadziwiające, jakie rzeczy się dzieją. - Popatrzył groźnie na Psa.

Czuł się bardzo dziwnie.

Kundelek, zauważywszy, że zwrócono na niego uwagę, zaczął służyć.

— To tacy jak ty zjadająwszystkie wieloryby — rzekł surowym tonem Adam. — Założę się, że zużyłeś już prawie całego wieloryba — oskarżył.

Pies, nienawidząc się za to ostatnią szatańską iskierką swej duszy, przekrzywił głowę na bok i zaskomlał.

— Piękny będzie ten świat, by w nim dorosnąć — rzeki Adam. — Żadnych wielorybów, żadnego powietrza i wszyscy w kółko wiosłują­cy z powodu, że morze się podniesie.

43
{"b":"221327","o":1}