Литмир - Электронная Библиотека
A
A

— Pucharek wina? Białe, czerwone? Wina jakich krain zwykł pan pijać o tej porze?

— Najuprzejmiej… jestem niepijący…

— Szkoda! Zatem ma pan może ochotę na partyjkę kości? Czy też woli pan jakąś inną grę? Karty, domino?

— Nie gram — odrzekł umęczony już bufetowy.

— To bardzo źle — stwierdził gospodarz. — Cóż, jeśli wolno, przyzna pan, że kryje się coś niedobrego w mężczyznach, którzy unikają wina, gier, towarzystwa pięknych kobiet i ucztowania. Tacy ludzie albo są ciężko chorzy, albo w głębi duszy nienawidzą otoczenia. Co prawda zdarzają się wyjątki. Wśród tych, z którymi wypadało mi ucztować, zdarzali się od czasu do czasu niewiarygodni szubrawcy!… Słucham więc, co pana sprowadza?

— Wczoraj był pan łaskaw pokazywać sztuki…

— Ja? — zawołał zdumiony mag. — Pan daruje! Raczy pan chyba żartować! Mnie to przecież nawet nie przystoi!

— Proszę mi wybaczyć — powiedział speszony bufetowy. — Ale przecież… seans czarnej magii…

— Ach, no tak, no tak! Cóż więc sprowadza pana do mnie w związku z tym seansem?

— Przepraszam najuprzejmiej, ale ośmielam się przypomnieć, że między innymi poleciały tam z sufitu papierki… — Bufetowy zniżył głos i obejrzał się z zażenowaniem. — No i wszyscy je łapali. Przychodzi więc do mnie do bufetu młody człowiek, daje czerwońca, ja mu wydaję osiem pięćdziesiąt reszty… Potem drugi…

— Też młody?

— Nie, starszy. Przychodzi potem trzeci, czwarty… A ja wszystkim wydaję resztę. A dzisiaj sprawdzam kasę — a w kasie zamiast pieniędzy kawałki papieru. Na sto dziewięć rubli nacięli bufet.

— Aj — ja — jaj! — zawołał artysta. — Czyżby oni naprawdę sądzili, że to są prawdziwe pieniądze? Nawet nie dopuszczam do siebie myśli, że mogli to zrobić świadomie.

Znękany bufetowy spojrzał zezem, ale nic nie powiedział.

— Czyżby kanciarze? — zapytał gościa zaniepokojony mag. — Czyżby wśród mieszkańców Moskwy mogli się znaleźć kanciarze?

W odpowiedzi bufetowy uśmiechnął się tak gorzko, że wszelkie wątpliwości zostały rozwiane — tak, niewątpliwie, w Moskwie zdarzają się kanciarze.

— To podłość! — oburzył się Woland. — Pan jest człowiekiem ubogim. Prawda? Pan jest ubogi?

Bufetowy wciągnął głowę w ramiona i od razu stało się jasne, że jest on ubogim człowiekiem.

— Ile wynoszą pańskie oszczędności?

Pytanie zadane było życzliwym tonem, niemniej jednak pytania takiego nie można uznać za taktowne. Bufetowy zmieszał się.

— Dwieście czterdzieści dziewięć tysięcy rubli w pięciu oddziałach kasy oszczędności — rozległ się z sąsiedniego pokoju pęknięty głos — a w domu pod podłogą dwieście złotych dziesiątek.

Bufetowego jakby przylutowało do taboretu.

— No, to rzeczywiście nie są pieniądze — lekceważąco powiedział do swego gościa Woland — chociaż szczerze mówiąc nawet tyle nie jest panu potrzebne. Kiedy ma pan zamiar umrzeć?

Tego bufetowy już nie zniósł.

— Nikt tego wiedzieć nie może i nikogo nie powinno to obchodzić — powiedział.

— Powiedzmy, że nikt nie wie — rozległ się z gabinetu ten sam wstrętny głos. — Dwumian Newtona, nie wiesz czasem! Umrze on za dziewięć miesięcy, w przyszłym roku, w lutym, na raka wątroby w klinice Pierwszego Moskiewskiego Uniwersytetu Państwowego na sali numer cztery.

Bufetowy zżółkł na twarzy.

— Dziewięć miesięcy… — w zadumie liczył Woland. — Dwieście czterdzieści dziewięć tysięcy… Po zaokrągleniu wypada dwadzieścia siedem tysięcy na miesiąc… niewiele, ale na skromne utrzymanie wystarczy… Do tego jeszcze te dziesiątki…

— Dziesiątek nie da się upłynnić — wtrącił się znowu ten sam głos mrożący krew w sercu bufetowego. — Po śmierci Andrzeja Fokicza dom natychmiast zostanie zburzony, a monety zostaną przekazane do Banku Narodowego.

— Zresztą nie radziłbym panu kłaść się do kliniki — mówił dalej artysta. — Co za sens umierać na szpitalnej sali, gdzie słychać tylko jęki i rzężenie śmiertelnie chorych? Czy nie lepiej wydać ucztę za te dwadzieścia siedem tysięcy, a potem zażyć trucizną i przenieść się na tamten świat przy dźwiękach strun, wśród oszołomionych winem pięknych kobiet i wesołych przyjaciół?

Bufetowy siedział nieruchomo, bardzo się postarzał. Ciemne kręgi otoczyły jego oczy, policzki mu obwisły, a dolna szczęka opadła.

— Zresztą, dość tych marzeń! — zawołał gospodarz. — Do rzeczy! Niech pan pokaże te kawałki papieru.

Zdenerwowany bufetowy wyciągnął z kieszeni paczkę, wyciągnął ją i osłupiał — zawinięte w gazetę leżały czerwonce…

— Mój drogi, jest pan istotnie niezdrów — wzruszając ramionami powiedział Woland. Bufetowy uśmiechając się dziko wstał z taboretu.

— Aa… — powiedział jąkając się — a jeżeli one znowuż… tego…

— Hm… — zamyślił się artysta — wtedy niech pan znowu do nas przyjdzie. Serdecznie prosimy, jestem niezmiernie rad, że pana poznałem…

W tym momencie wyskoczył z gabinetu Korowiow, wczepił się w dłoń bufetowego, począł nią potrząsać błagając przy tym Andrzeja Fokicza, aby wszystkim, ale to wszystkim przekazał jego najserdeczniejsze pozdrowienia.

Z trudem zbierając myśli bufetowy ruszył do przedpokoju.

— Helia, odprowadź pana! — krzyczał Korowiow.

Znowu ta ruda i goła w przedpokoju! Bufetowy wślizgnął się w drzwi, pisnął “Do widzenia!” — i poszedł jak pijany. Zszedł trochę niżej, usiadł na stopniu, wyjął paczkę, sprawdził — czerwonce były na miejscu.

Wtedy z mieszkania na tym piętrze, na którym przysiadł, wyszła kobieta z zieloną torbą. Kiedy zobaczyła człowieka siedzącego na schodach i tępo wpatrzonego w czerwonce, uśmiechnęła się i powiedziała z zadumą:

— Co za dom! Ten też od samego rana pijany… Znowu wybili szybę na schodach!

Przyjrzała się bufetowemu uważniej i dodała:

— E, niektórzy, jak widzę, to siedzą na pieniądzach! Podzieliłbyś się ze mną, co?

— Odczep się, na miłość boską! — przeraził się bufetowy i raz — dwa schował banknoty. Kobieta roześmiała się.

— Całuj psa w nos, liczykrupo! Zażartowałam… — i poszła na dół.

Bufetowy powoli wstał, podniósł rękę, żeby poprawić kapelusz, i przekonał się, że na głowie go nie ma. Okropnie mu się nie chciało wracać, ale żal mu było kapelusza. Wahał się przez moment, zawrócił jednak i zadzwonił.

— Czego pan jeszcze chce? — zapytała przeklęta Helia.

— Zostawiłem kapelusz… — wyszeptał bufetowy wskazując swoją łysinę. Helia odwróciła się. Bufetowy splunął w myśli i zamknął oczy. Kiedy je otworzył, Helia podawała mu kapelusz i szpadę z ciemną rękojeścią.

— To nie moje… — szepnął bufetowy odpychając szpadę i pośpiesznie wkładając kapelusz.

— Czyżby pan przyszedł bez szpady? — zdziwiła się Helia.

Bufetowy coś odburknął i szybko poszedł na dół. W tym kapeluszu było mu, nie wiedzieć czemu, niewygodnie, za gorąco w głowę. Andrzej Fokicz zdjął kapelusz, podskoczył ze strachu i wydał cichy okrzyk — trzymał w ręku aksamitny beret z wyleniałym kogucim piórem. Bufetowy przeżegnał się.

W tejże sekundzie beret zamiauczał, przemienił się w czarnego kociaka, wskoczył z powrotem na głowę Andrzeja Fokicza i wszystkimi pazurami wpił się w jego łysinę. Bufetowy wydał histeryczny okrzyk zgrozy i popędził na dół, kociak zaś spadł mu z głowy i prysnął po schodach na górę.

Kiedy bufetowy znalazł się pod gołym niebem, pobiegł truchtem do bramy i na zawsze opuścił piekielny dom numer 302–A.

Dokładnie wiadomo, co się dalej działo z bufetowym. Kiedy wydostał się na ulicę, dziko rozejrzał się dokoła jak gdyby czegoś szukając. Po chwili był już po drugiej stronie ulicy, w aptece. Skoro tylko wyrzekł:

— Proszę mi powiedzieć…

Kobieta za ladą zawołała:

— Przecież pan ma całą głowę we krwi!

W pięć minut później bufetowy był już zabandażowany, wiedział już, że za najlepszych specjalistów od chorób wątroby uważa się profesorów Bernadskiego i Kuźmina, zapytał, do którego z nich bliżej, oczy zapłonęły mu radością, kiedy dowiedział się, że Kuźmin mieszka w sąsiednim podwórku, w maleńkiej białej willi, i w dwie minuty później znalazł się w owej willi.

50
{"b":"100349","o":1}